Zawsze lepiej o niego dbać niż ratować, ale co z sytuacją totalnej klęski i prostej drogi do „znać Cię nie chcę”, kiedy serce rwie się do wylania całej tej miłości? Jakie sztuczki wykorzystać bądź techniki a może jakieś podstępy da się w życie wprowadzić, aby wykrzesać resztki uczuć? Jak ratować przychodzi to najlepiej robić …nic, tak po prostu NIC. Na chwilę dać sobie ten moment na złapanie dystansu i nie zalewanie tą miłością i łzami zatracając granice godności, które w głos nieszczęścia zmuszają nas o żebranie uczuć. Nie uratujesz związku, namiętności i wspólnej przyszłości łzami i emocjonalnym terrorem. Nie ważne jaki powód był, nie ważne kto podjął decyzję i co się z tym wiąże. Daj sobie chwilę, po prostu daj od siebie odejść. Zamiast szantażu poszukaj siły, która pozwoli pokochać siebie samego tak na pierwszym miejscu. Odkryj kim jesteś i kim zawsze chciałeś być, znajdź cierpliwość, zrozum własne potrzeby i myśli. Jedyną osobą, która zawsze będzie u twojego boku to Ty sam. Jeśli sam nie potrafisz siebie pokochać, kto jest wstanie podjąć się takiego zadania? Jeśli sam nie umiesz sprawić sobie przyjemność i być tak po prostu szczęśliwym, kto będzie wstanie Cię przyodziać w skrzydła? Jasna sprawa, że serce krwawić będzie, palce będą tylko czekać aby dorwać się do klawiatury telefonu…ale jedyną bronią mogącą uratować jest nieuleganie i takie niebłaganie. Zalanie drugiej osoby całą goryczą zamiast przybliżać stawia mur, który ciężko rozbić nawet wspólnymi wspomnieniami i przeżyciami. Czym więcej zapłakani będziemy wrzeszczeć o ostatnią szansę, tym bardziej połówka jabłka będzie oddalać się od noszonych kiedyś różowych okularów i tego mrowienia w brzuchu. Siła która wiąże nas na początku, jest niczym gwoźdź przy ratowaniu związku. Wejście na drugą osobę i oplecenie jej porażką i poczuciem bólu jest najlepszym sposobem, aby pogrzebać ostatnie nadzieje. Jedynie przestrzeń może zwrócić nam utęsknione pożądanie. Stanie się jeszcze raz tym obcym, intrygującym i silnym jest wstanie załatać każde rany powstałe podczas utraty. Partnerka, która tryska pewnością siebie działa jak najlepszy afrodyzjak, bo przecież odchodziło się od tej galarety wylanej na podłodze, od histeryczki wylewającej potoki łez, od słabego zwierzątka, które bało się oddychać bez swojej miłości. A teraz przed oczami ma się gazele, która śmiało i z gracją przemyka pomiędzy jeleniami. Nie ma opcji innej niż zapalenie się instynktu łowcy, który jedyne co będzie pożądał to ponowne przebywanie z utraconym mięsem. A co jeśli ratować musi samiec? W tej sytuacji dystans również da chwilkę na odsapnięcie. Pozwoli zatęsknić, zwracając te chemię która przykleja na twarzy uśmiech i nie daję spocząć myślą, a co by było gdybyśmy jeszcze raz spróbowali. Co prawda mężczyźni mają tendencję do zatracania się w imię ratowania siebie, co zamiast dystansu buduje kilometrowe przestrzenie, które rozdzielą na zawsze. W takiej chwili warto pozostać w życiu uciekającej miłości, z odrobiną dystansu, która pomoże uniknąć wpadnięcia w macaki manipulacji. Krok maleńki do stania się usługującym poddanym, który zaprzedał duszę w nadziei na ratunek szczęścia. Znajdź siłę i szacunek do samego siebie, a to co się rozsypało ma spore szanse wrócić na zdrowych warunkach do swojej dawnej struktury. A co z ryzykiem nie zadziałania technik? No cóż, może faktycznie nie warto było? Może faktycznie szczęście gdzie indziej leży i inny ma kształt? Nie mniej jednak próbować zawsze warto…

Źródło: http://observant.blog.pl/2013/03/26/jak-ratowac-zwiazek-czyli-jak-ratowac-siebie/