Helmut pogładził palcami swoje wargi, jak gdyby chciał sprawdzić ich szortstkość – robił tak zawsze, gdy nad czymś głęboko się zastanawiał. Agata patrzyła na niego z rezygnacją. Jej spojrzenie dawało do zrozumienia, że dziś nie ma ochoty na sesję. Była zmęczona i zwyczajnie chciała już wrócić do swojego pokoju.
- Próbowałaś kiedyś ratować ten związek? – zapytał, obracając w palcach swoje ulubione, srebrne pióro.
Myślała, że padnie. Gwałtowny wybuch śmiechu zamienił się w mokry kaszel; bokami dłoni wytarła załzawione oczy potrząsając głową z niedowierzaniem.
- Ty chyba nie pytasz mnie poważnie? – szybkim ruchem podciągnęła za długie rękawy polara, przeczesała palcami włosy i oparła łokcie o kolana, jakby przygotowywała się na odebranie seta.
- Najzupełniej poważnie – odpowiedział obracając w palcach wieczne pióro.
- Nie można ratować czegoś, w co się już nie wierzy…
- Opowiedz mi o tym – zachęcił – wczoraj na sesji wypadłaś przecież rewelacyjnie. Otworzyłaś się, robisz postępy.
Potarła dłońmi o siebie i skuliła się w fotelu, jak gdyby było jej zimno. Boże, nie chce do tego wracać.
- Mam Ci znowu opowiadać o Leszku? Tyle razy to wałkowaliśmy – odpowiedziała z lekkim tonem irytacji w głosie.
-  Opowiedz mi o Twoich próbach naprawienia tego, co razem budowaliście – zasugerował.
- Helmut, nie było takich prób..
- Dlaczego? – zmuszał ją do analizy tego, o czym tak usilnie starała się zapomnieć. Bolały ją tamte wspomnienia.
- A Leszek? – zapytał.
- Co Leszek?
- Czy próbował Ci pomóc?
Boże, te niemieckie realia zupełnie niewpisujące się w ramy polskiej rzeczywistości! Zdradzony i oszukany mąż, Polak, starający się pomóc rozhisteryzowanej, uzależnionej od alkoholu żonie…Chyba kpi!
- Mówiłaś, że Leszek jest lekarzem, kiedy się zorientował, że brałaś?
Westchnęła głęboko i przetarła kilkakrotnie twarz spoconymi dłońmi, jakby próbowała ją umyć powietrzem…
-  Widzisz – zaczęła – Leszek to bardzo ambitny facet, który swoje dzieciństwo spędził na wsi oferującej dzieciom nic, poza świeżym powietrzem i pięknymi widokami. Wiem coś o tym, bo wychowałam się w sąsiednim domu, na tej samej wsi, mając te same marzenia. Szkoła oferowała niski poziom edukacji, dyrektor obracał wieczorami większość swojej kadry. Wszyscy wiedzieli wszystko o wszystkich, rozumiesz? Jedyna rozrywka to suma w niedzielę – kto jak ubrany, ile dał na tacę. Ty tego nie czujesz, to są, to były inne realia… Marzenia o tym, żeby wyrwać się, wyjechać, przestać spędzać soboty sprzedając na Kleparzu fasolę, orzechy i ser. To było nasze dzieciństwo. Kurde…Szkoła do piątku, handel w sobotę, potem kura pod siekierę, wykopać ziemniaki, trochę warzyw. Niedziela -  kościół, zupa, drugie, chwila zabawy na polu, zadanie domowe, bajka na dobranoc, siusiu i spać…I tak tydzień za tygodniem. To było nasze dzieciństwo, rozumiesz? – uśmiechnęła się. – Nie zrozumiesz. Nigdy tego nie zrozumiesz… – Helmut przestał notować. Zmrużył oczy i w skupieniu czekał na dalszą część, nie chciał jej przerywać pytaniami.
- Kiedy Leszek zdał do liceum medycznego i wyjechał do miasta, trochę mu zazdrościłam, bo ja przecież też chciałam coś osiągnąć. Kiedy teraz na to patrzę, to wydaje mi się, że zawsze trochę rywalizowaliśmy ze sobą…A może to ja rywalizowałam z nim…? Nie wiem, naprawdę nie wiem.  Wróciliśmy na wieś, oboje, przypadkiem, na dodatek w tym samym czasie.  On wyglądał jak model z wybiegu – przystojny, wysoki, wysportowany, cholernie inteligentny…Podobał mi się, imponował mi. Zostaliśmy parą…No i  dopiero w młażeństwie zrozumiałam, że nie nadaje się do związków, naprawdę. Okazało się, eureka, że się zmieniliśmy. Ja byłam zbyt wymagająca – oczekiwałam za wiele, żądałam od niego zmian, chciałam wiecznej uwagi, a z drugiej strony niewiele dawałam od siebie. Byłam jak bluszcz – wysysałam soki, rozumiesz? On usychał, ja kwitłam…- popatrzyła na Helmuta, odchrząknęła. – Mogę zapalić? – spytała.
- Wiesz, że tu nie wolno.
- Możemy wyjść na zewnątrz?
Wstał i otworzył duże balkonowe drzwi. Przesunął krzesła tak, żeby wciąż znajdowały się za zadaszeniem. Trochę padało, powietrze bylo świeże i pachniało lipą.
- Jezus, dzięki – wyszeptała i sięgnęła do kieszeni po paczkę Malrboro. Zaciągnęła się wolno niebieskim dymem. Jej policzki niemal zetknęły się ze sobą od wewnątrz. Boże, gdyby nie papierosy, to chyba dostałaby szału. Deszcz delikatnie uderzał o liście – wystawiła rękę, żeby chwycić kilka kropli.
- Mój były mąż to typowy altruista…Przy nim miałam przystań, a nie adrenalinę. A mnie właśnie to nakręcało.
- Rozmawialiście o tym?
- O czym?
- O tym, co was podnieca a co nie. O zagrożeniach, o tym czego Ci było w tym związku brak.
- Z Leszkiem nie dało się tak rozmawiać…Po prostu.  Zresztą, co miałam powiedzieć „Kochanie, krzyknij na mnie, wkurw się na coś, skoczmy razem nago z banji”? Zwariowałeś?  – zaciągnęla się ponownie. Małe muszki owocówki zakręciły się wokół kłębów dymu. Odgoniła je ręką.
- Chciałam poszaleć i wrócić do domu. Pójść na kilka imprez, potańczyć, wypić trochę, a potem przytulić się do Leszka i zasnąć. Pespektywa zaczęła się zacieśniać…Już o tym mówiłam. Zamiast drinków potem było łóżko. Nie czułam różnicy. Tylko, że potem już nie chciałam wracać do domu.
- Chciałabyś cofnąć czas? Jeśli mogłabyś, co zrobiłabyś inaczej? – zapytał.
- Nie lubię takiego pieprzenia. Tylko mnie to bardziej drażni. Równie dobrze mogłabym Cię zapytać, co byś sobie kupił, gdybyś wygrał w totka, co by było, gdybyśmy byli dziećmi z Somalii, albo ja zakonnicą a ty księdzem. Wycofaj to pytanie.
- OK…Myślisz o tym, żeby spotkasz się z nim jak skończysz odwyk? Na trzeźwo? Na spokojnie?
Roztrzęsły się jej ręce. Przełknęła ślinę.
- Nie…Ale myślę o tym, żeby zacząć od nowa. Kiedyś, jak już będę czysta, jak z tego wyjdę… Chciałabym uczyć w szkole, jak siostra. I chcę być sama. Dla mnie miłość jest za trudna, wymaga pracy i poświęceń. Budzenie się obok jednego i tego samego mężczyzny przez resztę życia nie może być łatwe. Nie zawsze jest tęcza i motyle, codziennie wlaściwie kilof i ściana. Ale i duma, że buduje się to razem, a nie burzy… Nie wiem…Musisz walczyć i wierzyć w to, co robisz – a do tego trzeba mieć siłę i chęć.  To nie chodzi tylko o związek. O przyjaźń, o zasady. Trzeba widzieć w tym cel..Nie każdy to potrafi. Mój cel to zostawić Leszka w spokoju. Dostał ode mnie tylko baty…Na walkę już za późno.
- Dzięki takim decyzjom też coś naprawiasz… Czas goi rany, Agata. Jesteś na dobrej drodze -  zadeklarował Helmut i posłał jej ciepły uśmiech. Otworzył pióro i wpisał w zeszyt jakąś notkę. Wstała z fotela i zgasiła papierosa.
- Masz rację – szepnęła – ludzie powinni ze sobą rozmawiać, tak jak my tutaj, Helmut. O tym co czują, co ich boli… Powinnam mu była powiedzieć, żeby skoczył ze mną na banji  – rzuciła mimowolnie. Helmut na chwilę oderwał wzrok od notatek i podniósł brwi zachęcając ją skineniem głowy do kilku zdań więcej. Była gdzieś indziej – zamyślona, mówiła wolniej i  jakby do siebie.
- Zakładam się, że skoczyłby… Wtedy jeszcze tak…

Źródło:
http://alteregostory.blog.pl/2013/03/27/xxv/