Niejako odruchowo uchylam się. Stoję tyłem do zabudowy kuchennej i błysk w szkle uwrażliwia moją czujność. Rzucony kobiecą ręką talerz wali z całej siły w kafelki i rozpryskuje się tuż koło mnie. Obracam się natychmiast czekając na kolejny cios, osłaniając ramieniem twarz. Nawet nie zauważam, że ręka którą trzymam ścierkę pokaleczona odłamkami duraleksu zaczyna krwawić. Ale cios nie nadchodzi. Rozlega się tylko płacz, powoli przechodzący w gasnący szloch. Alicja unikając mojego wzroku opuszcza tonącą we łzach głowę na resztki rozrzuconego na stole jedzenia. Nie jest dla niej istotne, że jej twarz, piękna twarz dojrzałej kobiety za chwilkę będzie wyglądała jakby malował ją pijany artysta. Keczupem i musztardą. Słyszę jej tłumione smarkami z nosa: – Wynoś się, wynoś do tej swojej Kasi, może tam ci będzie lepiej. I widzę drgające spazmem drobne ramiona.

Wjeżdżający na dworzec pociąg kończy właśnie bieg. Jeszcze nie podnoszę się z siedzenia, ze mną w przedziale komplet osób szykuje się do wyjścia. Niech sobie idą, i tak dalej nie pojedziemy. Brzuch boli mnie jak cholera, ponad pięć godzin stania w korytarzu nie jest najlepsze dla gojących się, dopiero co zrośniętych ran. Pół godziny w przedziale, na ustąpionym z litości miejscu nie daje wypoczynku. Dziewczyna, której zawdzięczam to, że nie zemdlałem w korytarzu wychodząc pyta: – Pomóc coś panu? Źle pan wygląda.. Dziękuję jej. Poradzę sobie.

Bólu nie ma. Zniknął nie wiadomo gdzie. Jest tylko zapach torów kolejowych, hałas komunikatów o opóźnieniach i przyjazdach oraz pisk hamujących składów kolejowych. I są ręce Alicji, po raz pierwszy zamknięte na moich plecach, jest jej ciepły oddech, dotyk ciała, głos. – Tak czekałam, Jerzy, tak czekałam. Teraz już wszystko będzie dobrze, zobaczysz, pokażę ci miasto, mamy cały weekend dla siebie. Gdzieś w środku, we mnie budzi się spokój, że to już kres drogi mimo jej początku, że mimo żalu za Kasią wszystko się poukłada. Moja torba jest niewielka, przyjechałem w końcu tylko na dwa dni. Kiedy rozpakowuję się w mieszkaniu Alicji, widzę jej wzrok. Dziwny, na chwilę wyprany z okazywanej mi wcześniej czułości. Z tyłu za mną stoi Damian. Jej syn. I już wiem dokąd poleciała czułość, który mężczyzna jest władcą duszy ślicznej kobiety.

- Panie Jerzy, pańskie kwalifikacje są wystarczające. Może trzeba będzie podszlifować angielski, ale myślę że do pierwszych kontaktów ze stroną holenderską wystarczy. To kiedy może pan zacząć pracę? Od poniedziałku? Trochę za wcześnie jak dla nas. W końcu oddział serwisu na Europę dopiero tworzymy, ale myślę, że 1 marca będzie dobrą datą. Będzie już przygotowane miejsce dla pana, biurko, komputer. Zaczniemy od szkolenia BHP – i do roboty. OK? To finał w sumie czwartej rozmowy kwalifikacyjnej. Nie tak źle jak na Dolny Śląsk. Moje rodzinne zachodniopomorskie jest wyprane z ofert do zera. Albo idziesz na kasę do Reala, albo pod Realem odwozisz ludziom wózki. Zarobki porównywalne. Tutaj szef oferuje 3800 brutto. Niby bosko, bo przecież netto to prawie trójka. Ale…

Ręka Alicji niknie za plecami, kiedy wchodząc do domu zastaję ją przy kawie w pokoju na kanapie. Podchodzę się przywitać, całujemy się delikatnie w policzki. Przez ramię widzę fiolkę z napisem „Olanzapin”. – Spałaś? – moje pytanie jest retorycznie, twarz kobiety świadczy o tym wyraźnie. – Nie spałam – odpowiada – ale jestem bardzo zmęczona. Dlaczego tak późno wróciłeś? – pyta. Odruchowo spoglądam na zegarek – dochodzi dopiero czwarta po południu. Nie było mnie raptem trzy godziny, tyle zajmuje dojechanie do zachodniej części miasta i powrót. Ale Alicja nie dostrzega tak pojmowanego upływu czasu. Jej zielone spojrzenie utkwione w moich oczach zdaje się przewiercać mnie wariografem myśli. Nie czekając na odpowiedź kładzie się powoli i szepcze: – Zostaw mnie, idź sobie. Zasypia w jednej chwili, tonem głosu wbijając mi szpilkę prosto w serce. Okrywam ją leżącym na fotelu kocem, delikatnie wyjmując spod pleców puste opakowanie po leku.

Trzepocę się z zimna. Na hali produkcyjnej, na której przygotowano mi boks z biurkiem jest zaledwie trzynaście stopni. To poniedziałek, mój pierwszy dzień w pracy. Wyglądam jak idiota w garniturze wśród ludzi ubranych w ocieplacze, kufajki, czapeczki i półrękawiczki. I tak też się czuję, marznąc do szpiku kości. Jeden po drugim z taśmy schodzą monitory. Łapię spojrzenia robotników, od rozbawionych, poprzez pełne politowania po współczujące. Nie mogę zająć się pracą – palce przypominają zesztywniałe nieposłuszne patyczki, stóp prawie nie czuję. Trochę pomaga herbata, tyle że muszę po nią ganiać co chwila do biur. Koszmarny debiut. Gdy odbieram komórkę, robi mi się gorąco. Alicja wypowiada tylko kilka słów i się rozłącza.: – Idę do szpitala.

Znowu ból. Ale nie fizyczny. Ból strachu o siebie i o moją dziewczynę. Dlaczego mi nic wcześniej nie powiedziała??? Jestem w pomieszczeniu medycznym, ale nie czuję się jakbym rozmawiał z lekarką. Pokój wygląda raczej jak dyrektorski gabinet w fabryce starych mebli. Ciemny, wysoki, nieprzytulny, w tonacjach brązu i szarości. Po ścianach widać mizerię publicznej służby zdrowia, która nie ma kasy nie dość że na pacjentów, to także i na lekarzy. Słyszę przychodzące gdzieś z oddali słowa, które – oddałbym za to wszystko – nie mogą być prawdą. Jeszcze nie teraz! – Pana żona ma schizofrenię. Daleko posuniętą schizofrenię. Jej życie to inny świat niż ten, do którego jest pan przyzwyczajony. To świat smutku, depresji, ale też potężnej huśtawki nastrojów – od euforii po zobojętnienie i apatię. To świat leków, silnych leków, które co jakiś czas musi zmieniać tu, na oddziale psychiatrycznym. Musi jej pan pomóc, panie Jerzy. A ja nawet nie mam siły, by powiedzieć że nie jest moją żoną.

Rozprawa rozwodowa kończy się na pierwszej sesji sądowej. Postanowienie uprawomocni się za dwa tygodnie. Sędzina nawet nie próbuje prowadzić tematu pojednania. Nasi adwokaci są skuteczni. Kiedy oboje z Kasią wychodzimy na wielki korytarz królestwa Temidy, wiedzeni jednym impulsem padamy sobie w ramiona i oboje płaczemy. Jak przez mgłę widzę wychodzący skład sędziowski i notuję nic nie rozumiejące spojrzenie adwokata byłej już żony. I kiedy szepcemy sobie „żegnaj, napisz czasami” i ja i ona wiemy, że kończy się kawał naszego wspólnego życia. Nieodwołalnie się kończy. I że nie będzie nigdy żadnego „napiszę”.

- Zostawcie mnie, zostawcie! – krzyk Alicji roznosi się na pół osiedla. – Nie chcę żyć, chcę do mamy, do mamy!!! Kobieta wisi przez poręcz balkonu, jej nogi co chwila rozdają kopniaki i mnie, i Damianowi. Ma sporą siłę, z trudem dajemy radę okiełznać rozhisteryzowaną kobietę. Już jedzie pogotowie, zastanawiam się tylko po co sąsiedzi je zawołali. Wiemy, że zaraz się uspokoi, ale też i wiemy, że to my będziemy z emocji mieć drgawki mięśni jeszcze długie godziny. Pod nami, trzy piętra pod nami chodnik ulicy Stalowej. Beton, który może stać się świadkiem tragedii, jeśli abilify, nowy lek nie zacznie działać skuteczniej. Jakiś dowcipniś na dole drze się do nas tak głośno, że przebija się przez krzyki Alicji: – Co, uczycie ją latać? Zacznijcie od miotły ochlapusy jedne!

Damian mówi: – Nie będę do ciebie miał pretensji, jak odejdziesz. No nie patrz na mnie, i tak byś mnie nie ani jej nie ochronił. Mówi o krwawym sińcu wpół policzka i o swojej, mocno dziś kulejącej prawej nodze. To na niej złamał się kij od szczotki, kiedy wczoraj, przed moim powrotem z pracy matka w jakimś nagłym widzie zaatakowała syna. Nie był przygotowany, siedział przed komputerem, ciosy nie tylko zdemolowały monitor, ale i ciało chłopca. Za chwilę oboje płakali, z nienawiści kobieta w ułamku chwili wróciła do świadomości, rozpaczając w ramionach jeszcze przed chwilą ofiary, a teraz uspakajającego, kochanego dziecka. Jej Damian nie ma pretensji. Wie, że tak wygląda proces zmiany leku, że kiedy jeden przestaje skutkować bo organizm się przestawia, mama znika na kilka tygodni w szpitalu, gdzie testują na niej inne leki. Abilify ma być tym dobrym na kolejny rok, może dwa. Nie jest.

- Osiemset złotych, proszę pana i ani grama mniej. Gdzie pan w prawie centrum miasta znajdzie za taką kasę samodzielny pokój? Fakt, babka ma rację z jednym „ale”. Ów pokój ma raptem troszkę ponad 10 m2, mikry przedpokoik i łazienko-kuchnię. W sumie niecałe 15 metrów. Ale fakt, osobne wejście jest jego wielkim atutem. Do tego jest gdzie postawić moją służbową pandę. Tyle, że do pracy mam ze dwadzieścia kilometrów. Waham się, ale krótko. Już rok wspólnego mieszkania na Stalowej za mną, za nami. Rok, w którym nie liczę się dla Alicji więcej niż rzecz, niż ktoś kto tylko dokłada się do utrzymania, do jej renty i alimentów jakie na Damiana płaci jego ojciec. Walczę o nią, czasami bez opamiętania. I sam nie wiem co jest gorsze – czy to, że rzuca we mnie czymkolwiek, że próbuje uciec z domu, ba, ucieka, czy też że godzinami i dniami leży na kozetce w pokoju bezmyślnie patrząc w jeden punkt. Ale są i piękne chwile, święta Bożego Narodzenia i Wielkanocy były cudowne. Sporo śmiechu, miłości. W końcu podejmuję decyzję.

Nie poznaję mojej dziewczyny. Kiedy zaczynam wynosić z domu swoje rzeczy, odrętwienie znika. Alicja podnosi się z leżanki, wymięta, ale z trzeźwym spojrzeniem. Długo rozmawiamy, mówię jej o swoich lękach o siebie i o nią, o tym, że nie mogę się opiekować najdroższą mi istotką bo ona tego nie chce, bo wyrzuca mnie z domu na klatkę schodową, bo jedyną osobą której jeszcze jako tako słucha jest Damian. Przyrzeka poprawę, obiecuje, że będzie brała już leki tak, jak przepisała jej lekarka. – Więc nie brałaś ich? – pytam z szeroko otwartymi zaskoczeniem oczami – Nie, źle się po nich czułam. Ale teraz już będę – i jak małe dziecko tuli się do mnie w geście przeprosin za psikusa. Jej drobnym ciałem wstrząsa narastający płacz. Kiedy Damian wnosi z powrotem do domu moje rzeczy, nie protestuję.

- Panie Jerzy, czeka pana od poniedziałku wyjazd do Amsterdamu na miesiąc. Wreszcie Holendrzy dojrzeli do rozszerzenia sieci serwisowej nie tylko na Europę zachodnią, ale też i na wschód. Zmieniamy też procedury obsługi klienta. Musi pan je poznać - komunikuje mi szef. Ta wiadomość jest dla mnie szokiem. Nie teraz, nie już za cztery dni, nie na miesiąc! Alicja mnie potrzebuje, szef zna sytuację, przecież nawet pomaga mi zwalniając z pracy kiedy mam sygnał, że czuje się gorzej. Damian ma akurat studenckie praktyki, aż w Opolu, a pozostawienie dziewczyny samej więcej jak na czas działania pigułki nie wchodzi w grę.  – Niech pan sobie to przemyśli. Musi pan jechać, jeśli nie – zastąpi pana koleżanka Marta. Ale to będzie oznaczało panie Jerzy jedno – i pan wie co.

Damian domyka bagażnik służbowej skody. – Miesiąc minie szybo, a ja praktyki przełożyłem – mówi. Wszystko będzie dobrze – powtarza na pożegnanie. I szybko mija miesiąc, naznaczony coraz mniejszą ilością SMS-ów, maili. Kiedy jadę do Polski już wiem, że nie mam gdzie wracać. Moje wszystkie rzeczy są w firmie. Przełykając kromkę chleba nie czuję smaku kawioru. Tylko piekielną gorycz. Porażki. Kolejnej.

Źródło: http://niedlaidiotow.blog.pl/2013/03/27/przyjedz-do-mnie-czesc-ii/