Jak uratować związek? Trzeba tego po prostu chcieć, to znaczy obie strony muszą chcieć. Gdy jest odpowiednia motywacja, to dalej pójdzie z górki. W sumie proste, ale jak zrobić, żeby dwoje w związku w tym samym czasie zechciało zawalczyć. Według mnie to jest klucz do zagadki, jednak każda para musi znaleźć własne rozwiązanie. Napiszę jak było u nas, może to kiedyś komuś pomoże.

    Poznaliśmy się w pracy. Szybko poczuliśmy, że łączy nas dobra nić porozumienia. Układała nam się współpraca, mieliśmy tematy do rozmów, podobne poczucie humoru. Oboje byliśmy świeżo po nieudanych związkach i każde z nas szukało normalności. I ten nasz związek taki był, normalny. Nie było szaleństwa, romantycznej zwariowanej miłości. Był związek dwojga dojrzałych ludzi, którzy się pokochali i wzajemnie szanowali. Oczywiście pojawiły się nieprzespane noce, motyle w brzuchu, niecierpliwe wyczekiwanie spotkania. Byliśmy zakochani ale od początku nasz związek był stabilny. Szybko razem zamieszkaliśmy, ustaliliśmy kwestie finansów i podziału obowiązków. Już na starcie zadałam najważniejsze pytanie, czy mój wybranek będzie chciał mieć w przyszłości dzieci. Miał już dziesięcioletniego syna z pierwszego małżeństwa i nie byłam pewna jego planów. Sama wówczas nie myślałam jeszcze o dzieciach ale wiedziałam, że kiedyś będę chciała zostać mamą. Jak wiadomo, latka lecą i nie chciałam się angażować w związek, który nie byłby zgodny w tak fundamentalnej kwestii. Może to się wydawać mało romantyczne, ale oboje uważamy, że skoro ludzie opanowali sztukę mowy, to trzeba z tego daru korzystać i wyjaśniać sobie różne sprawy. Dzięki temu nasz związek był udany. Pamiętam jak kiedyś podczas jakiegoś wyjazdu służbowego, koleżanka z biura poznała nas od prywatnej strony. Powiedziała mi wówczas najmilszy komplement, że oboje jesteśmy tacy prawdziwi, że nasz związek jest normalny, bez jakiegoś szarpania się, pretensji, popisywania się, że niczego nie udajemy. Nie powiem, że się nie kłócimy, bo potrafimy czasem bardzo żarliwie bronić swoich racji. Ale nie obrażamy się na siebie, tylko wszystko wyjaśniamy na bieżąco.  I tak sobie żyliśmy kilka lat, a w międzyczasie rozwijaliśmy się w pracy, wybudowaliśmy dom, trochę podróżowaliśmy. Przyszedł moment na powiększenie rodziny i też wszystko na początku było dobrze. Jednak po kilku tygodniach odezwało się zmęczenie. Dziecko czasem płakało, trzeba było często do niego wstawać. W dzień też syn był bardzo absorbujący. Nie zawsze miałam czas na ugotowanie obiadu, posprzątanie. Czytałam, że po urodzeniu dziecka może nastąpić kryzys w związku, dlatego trzeba o siebie dbać. Bycie mamą nie zwalnia z obowiązku pielęgnowania małżeństwa. „Zrób ładny makijaż, wyjdź do fryzjera, kup nowy ciuch. Bądź atrakcyjna dla partnera” czytałam w gazetach. Głupia nie jestem, zawsze o siebie dbałam, lubię patrzeć na swoje zdrowe ciało i uśmiechniętą ładną buzię. Makijaż i jakieś ładne szmatki nie zaszkodzą ale nie rozwiążą wszystkich problemów. Zaczęliśmy na siebie „powarkiwać”. Mąż wracał zmęczony z pracy, chciał odespać zarwaną noc, bo też budził go płacz dziecka. Ja natomiast chciałam nadrobić prace domowe, wyskoczyć do sklepu bez ciężkiego nosidełka z dzieckiem, wyjść z psem i odetchnąć świeżym powietrzem, ale sama, bez kogoś do opieki. Korzystaliśmy z naszego daru mowy i w mniej lub bardziej krzyczący sposób dochodziliśmy do jakiegoś porozumienia. Dziecko rosło, przesypiało prawie całą noc, w dzień trochę się bawiło, a my jakoś odnaleźliśmy się w całej tej sytuacji i stwierdziliśmy, że kryzys zażegnany. Pogodziliśmy się tak owocnie, że po kilku miesiącach ponownie zostaliśmy rodzicami. Tym razem już nie straszne nam były dodatkowe obowiązki. Drugie dziecko, zwłaszcza przy niewielkiej różnicy wieku, chowało się niejako z biegu. Nie zdążyliśmy pożegnać pieluszek, butelek i kaszek a już drugiego syna trzeba było przewijać. Nie było czasu na jakieś przemyślenia, biadolenie nad swoim losem. Wszystko się kręciło i tak dotrwaliśmy do pierwszych urodzin młodszego syna. Nabraliśmy trochę oddechu i wtedy każde z nas chciało jak najwięcej tej swobody dla siebie. Znowu zaczęły się pretensje i wzajemne oskarżanie. Wówczas jak z nieba spadła nam nagroda jaką mąż otrzymał w pracy. Za tak zwane zasługi otrzymał tygodniowy wyjazd do luksusowego spa dla dwóch osób. Zwerbowałam babcię do opieki nad chłopcami i kilka tygodni później lecieliśmy wypocząć na greckiej wyspie. Koleżanka jeszcze tylko mnie uprzedziła, abym się tak nie ekscytowała, bo najwięcej par decyzję o rozstaniu podejmuje właśnie podczas urlopu. Wtedy, z dala od domowych  i zawodowych obowiązków, okazuje się, że małżonków nic już nie łączy, że się ze sobą nudzą itp. Spragniona wypoczynku, stwierdziłam, że będzie co będzie, ale muszę odespać i wygrzać się na plaży. Na miejscu okazało się, że spa jest faktycznie bardzo luksusowe, nie było do czego się przyczepić. Oddaliśmy się błogiemu lenistwu i faktycznie trochę się ze sobą nudziliśmy, nawet nie bardzo nam się chciało rozmawiać. Nie było przy nas dzieci, nie było na czym skupić uwagi i trochę brakowało dyżurnego tematu do rozmowy. Trzeciego wieczoru usiedliśmy w barze przy basenie i sączyliśmy kolorowe drinki. Od słowa do słowa i dzięki tym drinkom, co tak skutecznie rozplątują język, zaczęły się wzajemne pretensje. A to o to, że mąż po pracy chce odpocząć a nie od razu siedzieć z dziećmi, że mam tyle czasu w ciągu dnia na zrobienie wszystkiego, dlaczego on ma po pracy jeszcze się dziećmi zajmować. Przecież zarabia na dom i to całkiem nieźle i chciałby mieć chwilę spokoju.
- Od czego spokoju? Od rodziny? Przecież to też twoje dzieci, kochają cię, chcą z tobą spędzać czas – ripostowałam. Przez cały dzień sprzątam, gotuję, robię zakupy, pielę ogród i przede wszystkim wychowuję dzieci. Też jestem skonana. Robię to po to aby popołudnie było dla nas, dla rodziny. A ty zamiast posiedzieć z nami wolisz spać czy gapić się w telewizor – atakowałam.
- Popołudnie dla rodziny? To czemu tak uciekasz pogadać do sąsiadki albo na zakupy? – denerwował się mąż
- Bo chcę, żebyś aktywnie spędził trochę czasu z synami. Gdy ja jestem, to cię wyręczam. Dzieci powinny spędzać trochę czasu tylko z jednym rodzicem, chcę żebyś się zaangażował.
- To jedź na pół godziny, ale nie, ty jak wyjdziesz to już jak pies co się zerwał z łańcucha, nie masz umiaru.
- Bo jestem jak ten pies! Przykułeś mnie łańcuchem do kaloryfera a ja też mam swoje potrzeby. Ty w pracy przynajmniej do kogoś zagadasz i ja też chcę parę słów z jakimś dorosłym zamienić.
- A ty myślisz, że ja do tej pracy to na imprezę chodzę! Wiesz ile muszę się naużerać z tymi pracownikami! W nocy też się budzę jak wstajesz do dzieci, chcę mieć trochę odpoczynku.
- Biedaczek, budzi się jak ja wstaję. Mnie jakoś nikt nie pyta czy się zmęczyłam tylko muszę tyrać. A gdzie moje potrzeby, samorealizacja?
- Przecież sama chciałaś zostać na wychowawczym! Kto ci broni, jak chcesz to idź do pracy.
I te pe i te de i te pe cytując klasykę.
Poszłam obrażona do pokoju i szybko zasnęłam, nawet nie słyszałam kiedy wrócił mąż. Rano obudziło mnie pragnienie, a na wspomnienie wczorajszej rozmowy pomyślałam, że lepiej jak napiję się czegoś na plaży. Nie będę musiała go oglądać. Jednak nie minęło pół godziny a przy leżaku zobaczyłam męża. Widocznie nie potrafi beze mnie żyć, pomyślałam. Stał tak nieporadnie, w ręku trzymał whisky z lodem i zapytał zachęcająco:
- Przechodziłem tutaj nieopodal i widzę taka laska sama siedzi to poczęstuję drinkiem.
- „Z tragarzami?” – zakpiłam
- „Tak tak, z tragarzami” – dokończył mąż -  Obejrzałbym sobie z tobą tego „Misia”, nudzi mnie już ta hotelowa kablówka. Następnym razem weźmiemy ze sobą dvd i kilka dobrych komedii.
- Skąd wiesz, że będzie następny raz – wysyczałam
- Oj daj spokój. Co pijesz? Kawkę? – łagodził mąż
- Mrożona, z wkładką. Dziewczyny przy barze poznały, że jestem wczorajsza to mi dolały rumu.
- Słusznie, klin klinem. Popatrz tam, jaka fajna rodzinka. Ci to dopiero mają przechlapane, jeszcze trzecie im się trafiło. Ale stęskniłem się już za tymi naszymi łobuzami. Następny wyjazd to już chłopakami – mąż próbował wszystko łagodzić.
- Nie wiem czy chcę kolejnego wspólnego wyjazdu. Wiecznie się kłócimy, mamy tyle pretensji. Mam tego dość. Nie tak powinno wyglądać nasze życie. Może nie pasujemy jednak do siebie – mówię w złości ale to co mówię zaczyna mieć dla mnie sens. Od kilku lat, dokładnie po urodzeniu dzieci, nasze życie to wzajemne pretensje i mniej lub bardziej ostre kłótnie. Nie takiego życia chciałam dla siebie i swojej rodziny. Nie mam już ochoty godzić się, aby za kilka dni wszystko wróciło na nowo. Zmęczyłam się już tym.
Milczymy.
- Hmm, no to co… rozwód? – po chwili zapytał mąż.
- Odwiedzę adwokata po powrocie – ucięłam rozmowę i jakby mi ulżyło. Klamka zapadła. Zerkam na męża. Spokojnie się opala, nawet go to nie wzruszyło. Widocznie jemu już nie zależy, też jest zmęczony i mu to pasuje.
Dłuższe milczenie.
Po chwili mąż powoli i spokojnie zaczął – rozwieźć się to jest najprościej. Już to przerabiałem. Jesteś pewna, że tego chcesz?
Znowu cisza, ale tym razem mimo bólu głowy, kotłowało mi się w niej mnóstwo myśli. No tak, ma rację. Rozwieźć się to jest najprościej. Wystarczy powiedzieć, że do siebie nie pasujemy, tak zwana niezgodność charakterów. Ale z drugiej strony, w imię czego mamy się ze sobą męczyć. Lepiej to zakończyć i na nowo ułożyć sobie życie. Po co dzieci mają patrzeć na kłótnie rodziców. No tak, ale skąd mam pewność, że znajdę kogoś, kto lepiej do mnie pasuje. A jeśli po kilku latach historia zacznie się powtarzać. A do tego mamy dzieci. Kto mocniej je pokocha niż rodzice? Ostatnio dużo się mówi o rodzinach pachworkowych, że można poukładać relacje i żyć w takiej „pozszywanej” rodzinie. Tylko ile to wymaga energii i pracy nad relacjami? Może lepiej tą energię przeznaczyć na posklejanie własnej rodziny. Przecież nie jest z nami tak beznadziejnie. Lubimy się, potrafimy rozmawiać ze sobą, nawet na żarty nas jeszcze stać. Gdzieś urwała nam się ta nić porozumienia, ale jeszcze jest szansa, aby wszystko naprawić. Podczas dalszej wspólnej rozmowy zrozumieliśmy, jak bardzo jesteśmy dla siebie cenni. Może to niewiele, ale dla nas to był krok milowy, potem poszło już gładko. Gdy już mieliśmy odpowiednią motywację, wymyślanie sposobów było bardzo przyjemne i dało nam wiele radości. Zaczęliśmy jeszcze podczas urlopu i wycisnęliśmy z tych kilku dni ile się dało. Wieczorne biesiadowanie przy dobrej kolacji i winie, spacer brzegiem morza i czułość na plaży. Banalne ale dla nas to było ważne, pękł balon wzajemnych pretensji i nic już nie było istotne. Byliśmy tylko my. Dzieci zostały pod dobrą opieką i nie rozpraszały nas swoją obecnością. Zaczęliśmy widzieć w sobie człowieka, nie było motyli w brzuchu jak na początku związku, ale wspólny śmiech, przyjemność ze swojego towarzystwa. Po powrocie nadal dbaliśmy o dobre porozumienie. Raz jest lepiej a raz gorzej ale wiemy, że warto o nas walczyć.
    Jak uratować związek? Nam wystarczyło uświadomienie sobie, ile ten związek dla nas znaczy. Według mnie, gdy partnerzy mają silną motywację, to prędzej czy później znajdą swój własny sposób. Trzeba tylko chcieć ten związek ratować.
Źródło: http://moje-slow-life.blog.pl/2013/03/28/trzeba-tylko-chciec/