Wszyscy na pewno znacie wiersz Brzechwy o Żurawiu i Czapli, którzy chodzą do siebie z wyznaniami uczuć i propozycjami, ale gdy „jedno chce, to nie chce drugie”. Wydaje mi się, że moje małżeństwo ma tę bajkę gdzieś u zarania. Nie umiem zliczyć, ile razy rozstaliśmy się z moim, wtedy jeszcze przyszłym, mężem w początkach naszej znajomości. Ile razy było tak, że jedno znów się zakochiwało w drugim, ale drugie chciało je trzymać na dystans, role się zmieniały, jak u Brzechwy. W tych przerwach, nieraz bardzo długich, trwała dziwna gra, nasze życia biegły oddzielnie, a jednak nieustannie splatały się, rzadko przypadkiem, a częściej sami prowokowaliśmy te sploty, odczuwając jakiś magnetyzm. Coś trzymało zawsze jedno w pobliżu drugiego. Możecie to zwać przeznaczeniem, chemią, miłością, głupotą… Ja sama nie umiem tego nazwać. Ważne jest dla mnie, że pozwoliło to przetrwać do dziś relacji, która, pokonując tak wiele, z destrukcyjnej stała się budującą i która powołała do życiu najwspanialszą istotę na świecie, naszą Basię.

W naszym przypadku to też Czapla była tą pierwszą niezdecydowaną i odrzucającą uczucie i jak w bajce, kiedy dała kosza Żurawiowi, ten również stracił swoją pewność, uniósł się dumą i nie był już „łatwy”. Rzucałam Żurawia i skłaniałam go do powrotów. Każda kolejna próba budowania związku była trudniejsza od poprzedniej, a każde rozstanie wydawało się bardziej radykalne. Nasze uczucie traciło przez to swoją niewinność i magię, przestało wierzyć w wiele rzeczy, które cechują pierwszą, wielką, ślepą, szczęśliwą miłość, zostało mocno nadszarpnięte i kiedy od nowa musiało zacząć się odradzać, przechodziło okropne katusze. Było to o tyle trudniejsze, że nikt nie potrafił w nas uwierzyć, znając te perypetie. Każdy traktował nasze życie jak odcinek 4987 „Mody na sukces”, w którym ktoś znów umrze, żeby zmartwychwstać w odcinku 5013, a Brook znów wróci do Ridga, by po raz piętnasty go rzucić, dla jego ojca czy syna… Po drodze, w przerwach pojawiały się inne uczucia, jakieś osoby zmieniające nasze życie, jakieś załamania nerwowe, różnie przechodzone żałoby po rozstaniu, przemiany w nas i obok nas… Wszystko to stawało się coraz trudniejsze i wydawało się skazane na klęskę. Aż po pewnym powrocie, kiedy oboje nie wierzyliśmy już sami w siebie, ani w tę miłość, postanowiliśmy podjąć radykalne kroki – jeśli ze sobą zamieszkamy i postanowimy, że mamy żyć jak małżeństwo i znosić wszystkie tego konsekwencje, to może nauczymy się siebie i zrozumiemy, o co w tym wszystkich nam chodzi. Od tamtej pory zamiast się rozstawać, dokonywaliśmy kolejnych, coraz silniejszych „przywiązań” – ślub, dziecko, przeprowadzki z dala od wszystkiego, co znamy. Dojrzeliśmy. Zrozumieliśmy, że bycie razem to wielki wysiłek, że nie jest w tym pięknie, że emocje, z którymi goniliśmy, to mrzonka, coś, co się musi wyczerpać, by dać pola czemuś większemu, choć może mniej efektownemu. Nasza „Moda na sukces” zamieniła się bardzo zwyczajny film obyczajowy.

Gdybym dziś miała komuś radzić, jak uratować związek, powiedziałabym: być cierpliwym, dużo znosić, nieco pomijać, nauczyć się wybaczać i przepraszać, starać się zrozumieć, jak najwięcej, nie zrażać się niepowodzeniami, wylewać z siebie jak najwięcej dobrych uczuć, ale także dać szansę tym złym, aby nauczyć się je przerabiać wspólnie i pojąć, że kłótnie, złość, złe słowa, głupie czyny to nie koniec świata, bo wszystko da się naprawić, jeśli się chce i jeśli się kocha…

Usłyszałam jako dziecko taką oto metaforę: dwie osoby trzymają sznurek za dwa końce, sznurek jest długi, a one daleko od siebie. Każda ich kłótnia, rozstanie czy błąd popełniony wobec drugiego powoduje, że sznurek zostaje przecięty, a kiedy te osoby się godzą, znów zbliżają, przepraszają, sznurek zostaje związany znów na mocny supeł. Po wielu takich razach sznur ma dużo supłów, których nie da się rozerwać szarpnięciem, ba, szarpanie zaciska supły jeszcze mocniej, coraz mniej jest miejsca, gdzie nożyczki mogą go przeciąć, a co najważniejsze, jest on dzięki tym supłom coraz krótszy, a te osoby są coraz bliżej siebie. Jestem dumna z moich supłów, bo to każdy raz, gdy udało (udaje) się nam Nas uratować. Wiem, że kiedyś na naszym sznurku będzie supeł obok supła i żadne nożyczki nie zmieszczą się pomiędzy tymi węzełkami.

Nigdy nie powiem: udało się nam! Tego nie można być pewnym. Wspólne życie to nieustająca walka i ciężka praca, pewnie najtrudniejsze zadanie w moim życiu, ale ciągle i zawsze w toku, więcej w nim nudy niż ekscytacji, a nerwy równoważą uśmiechy. Ale mogę powiedzieć: nie żałuję, że dałam szansę czemuś, czemu nikt rozsądny nie dałby szansy. Miłość nie jest rozumna i chyba w tym tkwi jej siła, że czasem tak głupia i wbrew wszystkiemu pozwala przeć do przodu i działać cuda.

Źródło: http://maminkowo.blog.onet.pl/2013/03/29/ja-czapla-on-zuraw/