Bez kategorii

www.inz-bl.blog.pl

Po pierwsze – poprzedni wpis to PRIMA APRILIS. Oj nie, nie popuszczę wirtualnej przestrzeni i będę dalej smarować swoje wypociny. Po drugie – Dziadek zepsuł mi święta. Czym? A no tym, że był i musiałam go oglądać. I słuchać. Wiem kim jest. Wiem co zrobił. Nienawidzę go. Nie trawię. Nie mogę słuchać. Każde słowo, które wypływa z jego ust to plugawa, śmierdząca rzeka kłamstw. Gdybym mogła, naplułabym mu w twarz. Ale szkoda śliny. Długo nosiłam się z zamiarem uprania tego syfu na blogu. A dziś zobaczyłam wątek o związkach. Zwykle mnie takie tematy nie ruszają! Ale teraz chcę coś przekazać. Że nie warto ratować związku. Jak zawsze stanę okoniem. I dlatego biorę udział w konkursie pt. „Jak uratować związek?” Blog.pl i Wydawnictwa Znak Literanova, adres bloga konkursowego – www.jak-uratowac-zwiazek.blog.pl. Tyle tytułem wstępu. Teraz do rzeczy.

Moja rodzina znalazła się tutaj, na pomorzu zachodnim, w wyniku powojennych przesiedleń. Podejrzewam, że sami na te ziemie by nie przyjechali. Dziadek to prawdziwy hrabia. Tak! Pełną gębą. Mieszkał na Litwie za dzieciaka. W samej stolicy. Jego Ojciec, a mój Pradziadek miał ogromną fabrykę cukierków. Miał też żonę. Nie taką, jakie się miewa teraz. To było aranżowane małżeństwo. Połączono majątki. Pradziadek robił te krówki i inne łakocie. Prababka siedziała w domu. Nie wiem, czym się zajmowała. Bo do pracy nie chodziła. Dziećmi się nie zajmowała, bo miała niańkę. Mieli też ogrodnika, gosposię, kucharkę i innych wiernych Alfredów do spełniania zachcianek. Kim byli? Arystokracją. Skąd się wziął ich majątek? Wolę nie wiedzieć. W szkole mnie uczyli, że z wyzysku i cierpienia. Tak, czy siak wiodło im się dobrze. Pieniążki płynęły szerokim strumieniem.

A teraz z drugiej mańki. Kim była moja Babcia? Tego dokładnie nie wiem. Mieszkała w Warszawie. Przed wybuchem 2-giej wojny światowej była dzieckiem. Żadnych fabryk cukierków chyba jej rodzice nie mieli. Majątków ziemskich chyba też nie. Tylko krewnych na wsi, którzy okazali się dla niej wybawieniem, gdy do stolicy weszli Niemcy i gestapo. Moja Babcia miała dwie siostry. Najstarszą rozstrzelali. Został po niej tylko portret ślubny, który oglądałam jako dziecko. Druga (też starsza) trafiła do Oświęcimia. Miała średni numer. Przeżyła. W dniu kiedy wszystko się zaczęło Babcia pojechała na wieś do ciotki. I do końca wojny tam została. Jak się z siostrą odnalazła? Nie powiedziała mi nigdy.

Skończyła się wojna. Babcia została sprzedawczynią. Przyszli ludzie w mundurach. Wysłali ją na ziemie odzyskane. W tym czasie na Litwie też była wojna. Bogatych właścicieli majątków ominęła. Ale komuna już nie. Ta ich wywłaszczyła. Jednak czerwoni barbarzyńcy byli stokroć głupsi od arystokracji z garbatymi nosami. Tu zachachmęcili, tam zakombinowali i na ziemiach odzyskanych, gdzie ich wysiedlono, zaczęli kręcić lody. Nowe miejsce, nowa fabryka.

Oczywiście były też jakieś imprezy w stylu potańcówek. I tam się poznali. On, czarujący prawie Lord, który miał się za pana wielkiego jak od Kijowa do Berlina. Cały świat powinien leżeć mu u stóp i spełniać jego zachcianki. Chyba był na tamte standardy przystojny. I korzystał z tego. Wyrywał panienki. Jedną za drugą. Trzecią za drugą. Zmieniał je jak politycy poglądy. I trafił na moją Babcię. Dziewczynę, a może już kobietę, która oprócz siostry nie miała tu nikogo więcej. Miała też serce, które chciało miłości. A ten Belmondo za pięć groszy miał bajerę.

Nie wiem, jak to się toczyło. Ale się domyślam i robi mi się mdło. Domyślam się, bo wiem jakim kłamliwym skur***nem potrafi być, gdy chce pieniędzy. Już widzę te wizje raju, jakie tam roztaczał. No i babiarz uwiódł ją. Dziewczynę z gatunku tych, które jedyne czego chcą to rodzina. Nie wiadomo, czy najpierw była ciąża, a potem ślub, czy na odwrót. Wiadomo, że dla rodziny takiej arystokracji to była potwarz, dyshonor, mezalians, tragedia, rysa na ich popieprzonej, odrealnionej wizji świata. Szczególnie Prababka miała z tym problem. Nie mogła tego przełknąć. Jednak musiała. Stało się i nie było odwrotu.

W międzyczasie i drugiej fabryki pozbawili Pradziadka. Udupili go tak skutecznie, że już się nie dźwignął. Reszta arystokratycznego towarzystwa została niejako napiętnowana. Nie mogli już kręcić nowych biznesów. Za resztki dobytku dostali niewielkie mieszkanie. Nie umieli i nie mieli gdzie, a przede wszystkim nie chcieli, pracować. Za to prosta sprzedawczyni w postaci mojej Babci nie miała takiego typu problemów. Załapała się w delikatesach na tyrkę. I utrzymywała swego Wspaniałego Męża. Co on robił w tym czasie, kiedy nie pracował? Palił szlugi, pił wino, wódkę, piwo i rwał kolejne dupy. Nawet kiedyś pokazał mi swój tajny album. Skurwiel. Prawie z każdą miał słit focię. A Babcia zapieprzała w sklepie w tym czasie.

No dobra, żeby nie było. Dziadek miewał robotę. Krótką, jak jego wierność małżeńska. Wypłatę zawsze przebalował. Nigdy nie przynosił do domu. Bo on musiał się ZABAWIĆ, WYSZALEĆ i robić INNE RZECZY, KTÓRYCH BABA NIE ZROZUMIE. Tak więc Babcia przymykała oczy na jego wybryki. Bo cała rodzinka mówiła jej, jaka jest nic nie warta. Bo jest sprzedawczynią. A oni arystokracją. Oni mieli błękitną krew. Szlachetne geny. Takie pospólstwo powinno się cieszyć, że może doznawać szczęścia i zaszczytu bycia w tak szacownej familii. I tak na każdym kroku sprowadzali Babcię do parteru.

Kilka razy Dziadek chciał odejść. Wtedy Babcia zaklinała go na wszystkie świętości i wybaczała. Chciała ratować „związek”. To, co wydawało jej się małżeństwem, jakąś więzią, namiastką rodziny. Przyjmowała też gości. Kuzynostwo i rodzeństwo Dziadka. Musiała wtedy brać wolne w pracy. Żeby od rana podawać im jedzenie. Gotować, sprzątać, prać i usługiwać. Trwało to latami. Nawet jako mała dziewczynka miałam okazję poznania manier arystokracji. „No tak, co się dziwić. Taki plebs sklepowy to nie umie nawet porządnie podać do stołu.” To były teksty Ciotki, tzn. siostry Dziadka, gdy przyjeżdżała na wczasy. Dziadkowi też wiele nie brakowało. Potrafił rzucać sztućcami, gdy coś mu nie odpowiadało „No tak! Za mało wysmażona cebula. Specjalność tego domu!” „Nie ma czystej popielniczki. Specjalność tego domu!” „Zupa za rzadka. Specjalność tego domu!”

Gdy Pradziadek żył, potrafił pilnować wierności Babci. Stał pod sklepem. I patrzył. Czy za długo nie rozmawia z klientami. Czy nie znika gdzieś zza lady. Czy po pracy idzie prosto do domu. Moją Mamę notabene także kontrolował. Tymczasem jego synuś potrafił znikać na całe noce, dnie, a nawet tygodnie. Mi utkwiła w pamięci akcja, gdy byłam w gimnazjum. Najpierw znikł na dwa tygodnie. Szukaliśmy go wszyscy. Potem wrócił i obwieścił Babci „Bo mnie denerwujesz. Jesteś taka małostkowa. I beznadziejna. Nie wiem, czy mogę w tym tkwić. Co zrobisz bym został?” „Wszystko.” I dalej robiła wszystko, by został. By ratować strzępki tego, co nazywali związkiem.

Pewnego dnia pojechał na działkę. I już nie wrócił. Mijał miesiąc. Potem pół roku. Po czasie Babcia przyznała się, że przyszedł zaraz po emeryturze i poprosił o pieniądze. Dała mu wszystkie. Zostało jej w portfelu kilka złotych.  Poszedł chuj i już nie wrócił. Zostawił ją z niczym. Po dwóch tygodniach zorientowaliśmy się, że ona po prostu nie ma pieniędzy nawet na jedzenie… Po tym wszystkim posypało się.

Babcia zaczęła się miotać. Była nieswoja i zamyślona. Zaczęłam znajdować w jej rzeczach różne tabletki. Na sen, na uspokojenie. Do tego jadła różne witaminy i leki na nadciśnienie. Potem nadszedł czas, że tylko leżała w łóżku. Pewnego dnia poleciała jej krew z nosa. Poszła do lekarza. Zlecił wyniki krwi. Ostra białaczka. Tak nagle. Zaczęły się szpitale, chemie. Tego nie pamiętam. To wyparłam ze swojej pamięci. Tego nie chcę pamiętać. Po co mieć przed oczami obraz osoby, która umiera? Umiera i gaśnie w środku. Pytaliśmy lekarza, dlaczego tak jet. „Bo w niej nie ma woli życia. To jedna z niewielu pacjentek, po jakich widzę, że chcą umrzeć.”

Przed samą śmiercią leżała u nas w domu. Wybroczyny. Niemożliwość wstania z łóżka. Morfina. Pytałam, dlaczego. „Bo chciałam uratować ten związek i nie udało mi się. Za mało się starałam.” „Starałaś się całe życie. Wybaczałaś wszystko. Godziłaś się na poniżanie.” „Bo nie byłam go warta…” Potem powiedziała, że jedyne, czego jeszcze chce to go zobaczyć ostatni raz. No i trzeba było znaleźć. Bo jak odmówić? Niebo i ziemia poruszona. Dziad się znalazł. Mieszkał z nową babą. Odszedł tak po prostu. I jeszcze wziął pieniądze. Ostatnie. Po prawie czterdziestu latach małżeństwa. Nawet nie powiedział, gdzie idzie.

No, ale cóż. Trzeba była go sprowadzić. Przyszedł po kilku błagalnych rozmowach. Tamta baba stała pod klatką i czekała. On podszedł do Babci i powiedział „O, jeszcze nie kojknęłaś?” Pogadał swoje dyrdymały i poszedł. Zaszedł jeszcze do mnie (wtedy nastolatki) i zapytał mnie, czy nie dam plakatów i kosmetyków dla jego nowej wnuczki. „Wypierdalaj.” Więcej nie powiedziałam.

Niedługo po jego wizycie Babcia zmarła. Dwa, czy trzy dni później. Zawołała mnie, żebym założyła jej skarpetki. Położyła się na łóżku. Po kilku godzinach zaczęła się gorączka. Przyjechała karetka. I tyle. Więcej jej nie widziałam.

Na pogrzebie Dziadek podrywał kelnerki. Myślałam, że zwymiotuję rosołem. I kotletem schabowym. „Śliczna brunetko, nalej mi kaweczki.” Nie pamiętam więcej z tego pogrzebu. Wiem za to, że na grobie nigdy nie był. Pojawiały się znicze i kwiaty. Myśleliśmy, że to on stawia. Dwa lata temu wydało się wszystko. To stawiała Z. jej koleżanka z pracy. A on cały czas pytany o znicze mówił „No no, tak tak.” Nie umiał powiedzieć, że to nie on. Co tu dużo komentować…

Także nie ma chyba co się dziwić, że słabo mi jak jego pysk widzę w święta przy stole. I nie ma co się dziwić, że uważam, że nie warto ratować walących się związków… Co nie było nam pisane, nie powinno być na siłę sklejane.

Źródło: http://inz-bl.blog.pl/2013/04/01/mezalians/

www.sylviaperl.blog.pl

Ci, co mówią, że małżeństwo to łatwizna, powinni być karani. I to całkiem surowo! Ci, co twierdzą, że małżeństwo to piękna sprawa, powinni być nagradzani. I to całkiem obficie! Małżeństwo może być najwspanialszą przygodą, jaką przyjdzie Ci przeżyć, jeśli będziesz potrafić o nie walczyć o każdej porze dnia i nocy, w każdych okolicznościach, nawet tych bardzo skrajnych, gdy jest Ci zimno, gdy czujesz się źle.

            Nie ma małżeństwa bez skazy tak, jak nie ma ludzi idealnych. Każdy z nas ma w sobie jakąś ryskę, bruzdę, czy nawet całkiem sporą szramę. A gdy jest nas dwoje? Wszystkich tych defektów jest znacznie więcej, a dokładnie- dwa razy więcej. Ale głowa do góry! Szczęście bowiem zależy tylko i wyłącznie od nas samych, od tego, jak wiele wkładamy ciepła w nasz związek, jak wiele radości przekazujemy naszemu wspaniałemu i wymarzonemu (przecież to w końcu nasz wybór- czasy małżeństwa z nadania dawno już minęły) partnerowi.

            Brzmi to całkiem prosto, a przecież tak wiele małżeństw się rozpada, tak wiele związków przechodzi poważne kryzysy. Czyżbyśmy nie potrafili obdarzać się tymi dobrymi uczuciami? Wychodzi na to, że mamy z tym istotny problem. Nie umiemy okazywać prostych emocji i zamiast powiedzieć „Miłego dnia, kochanie!” na „dzień dobry”, mówimy „Lecę do roboty”, a zamiast szepnąć „Śpij słodko, mężu” syczymy „Tylko dziś nie chrap, chcę się wyspać (tak, jakby mógł nad tym zapanować!)”. Zmiana temperatury naszego języka to pierwszy krok do znaczącej poprawy relacji małżeńskich. Ale oczywiście nie jedyny.    Kolejnym nazwałabym okazywanie drobnych gestów. Wiele osób, rozczarowanych życiem w związku, narzekało, że nigdy od swojego partnera nic nie dostało. I bynajmniej nie chodzi tu o diamenty, czy o lamborghini! Chodzi o drobne gesty, o liścik na stole z ciepłym słowem, o ładnie podane ciasteczko, o bukiet kwiatów, nawet tych z ogródka, o komplement, czy o całusa! Zróbmy dla męża jego ulubioną zupę, a żonie kupmy jej ukochane, białe tulipany. Ot tak!

            Zaskakujmy partnera! Bez powodu ubierzmy garnitur, czy elegancką sukienkę. Zadbajmy o siebie, załóżmy kolczyki od niego i krawat od niej. Zabierzmy partnera do kina, wyciągnijmy go na spacer, zorganizujmy piknik. Zróbmy coś, co sprawi, że będzie się uśmiechał, że będzie czuł nasze pozytywne emocje!

            Willa Cather, laureatka Nagrody Pulitzera, napisała kiedyś: „Tam, gdzie w grę wchodzi wielka miłość, zdarzają się cuda”. Obdarzajmy się miłością, ciepłem, a nie będziemy musieli myśleć o ratowaniu małżeństwa!

Źródło: http://sylviaperl.blog.pl/jak-uratowac-zwiazek/

www.somecoffie.blog.pl

Jak wiele trzeba przejść, jak bardzo trzeba się dotrzeć, jak wiele wniosków wyciągnąć by zrezygnować z podpowiedzi Egona „przyjaciela” stojącego na straży naszego ja. Odprawienie go, parzenie poprzez niego tak by widzieć coś więcej niż koniuszek nosa własnego jest nie lada sztuką.

Jak już uda się nam dostrzec, iż pomimo ciągłych starań nasz związek stacza się po równi pochyłej a my ciągle robiąc to samo oczekujemy innego wyniku to może warto przeanalizować siebie

i swoją miłość do partnera. Paradoksalnie jesteśmy odbiciem siebie samego w osobie drugiego człowieka. Jakże często jest to odbicie, którego nie akceptujemy doszukując się rys na tafli lustra
i nie dopuszczając myśli, iż te rysy to nasze niedoskonałości. Jeśli już zdamy sobie sprawę, że w całości bierzemy odpowiedzialność za swój związek możemy przystąpić do odbudowy poprzez tworzenie go w sposób inny niż dotychczas. Małżeństwo to nie umowa własności drugiego człowieka, to nie przyzwolenie na pewne zachowania nie zawsze szlachetne, to nie czerpanie
z drugiego człowieka miłości tyle, ile nam się wydaje, iż potrzebujemy i ciągle myślimy, że nie posiada ono żadnego limitu. Przystańmy na chwile, przekalkulujmy swoje i małżonka szczęście. Pozwólmy sobie na obdarowywanie wpierw siebie ogromem szacunku i miłości a potem dajmy partnerowi tyle szacunku, ile jest w stanie go od nas przyjąć i wypełnijmy go miłością po brzegi. Następny krok to pielęgnacja naszego szczęścia jako ogrodu marzeń tworząc coraz to nowe kompozycje, nie zapominając o wyjątkowości tworzonego miejsca.

A jeśli gleba pomimo to okaże się mało żyzna to może warto zacząć tworzyć od nowa na innej ziemi bogatsi o doświadczenia….

Źródło: http://somecoffie.blog.pl/2013/03/31/jak-ratowac-zwiazek/

www.somecoffie.blog.pl

Podobno pierwsza paczka papierosów smakuje najlepiej. Potem się to polubi. Albo nie. Mój papieros jest kolejnym z kolejnej paczki. I nie smakuje już tak dobrze. Może dlatego że mam mniej żółci w żołądku i powoli inne rzeczy na powrót zaczynają mi smakować.

W kieszeni mój największy wróg- telefon. Kiedyś nauczyłam się cierpliwie czekać aż zadzwoni. Aż do tamtego dnia. Telefon miał zadzwonić, ale jednak milczał. Najpierw sprawdzałam z nadzieją co pół godziny- może wyszłam z pokoju w biurze i dlatego nie usłyszałam. Potem co godzinę. Wtedy już parzył moja dłoń. Kolega z pracy spytał czy coś się stało. Wtedy telefon stawał się już moim wrogiem. Bo milczał. Znowu. Znowu to samo.

Zadzwonił następnego dnia. Ale tam, w mojej głowie, już huczało jedno zdanie, wysyczane mi do ucha przez znajomego gdzieś na imprezie: byłaś najlepsza z ekonomii z nas wszystkich, więc zrób wreszcie ten rachunek zysków i strat!

Dla tego jednego zdania zarzuciłam kompletnie pomysł przeprowadzki do K. Co prawda „tam są większe perspektywy na karierę, wyższa kultura itp.” Ale znów wracać do tych samych, przerobionych tyle razy ścieżek? Kiedyś mieszkaliśmy razem-dzwoniłam: „Witaj kochanie, mam prośbę – wyjmij proszę przed wyjściem mięso wołowe z zamrażarki, jest w woreczku po prawej stronie…” Po powrocie okazuje się, że mięso w zamrażalniku było nadal, nietknięte. Nie wiedział które to jest, więc na wszelki wypadek nie ruszył niczego ani nie zadzwonił żeby się upewnić. Musiałam szybko iść do sklepu i kupić coś świeżego. Moją uwagę zagłuszył szelestem gazety. Mamusia nie nauczyła go odróżniać mięsa wołowego od innych.

Jeszcze zanim mieszkaliśmy razem, na moją delikatną uwagę, że chyba coś zrobił niezgodnie z naszą umową – zapadało milczenie. Żadnego przepraszam ani „uważam, że nie masz racji…”.

Mojego papierosa lubię, w przeciwieństwie do tych momentów kiedy oglądał się za innymi kobietami. Ani tych, kiedy czułam że „z tej mąki chleba nie będzie” a u mojego boku pojawiał się ktoś inny- bo wtedy on zamieniał się w „duszę towarzystwa” i wszędzie go było pełno.
Pora ratować związek z samą sobą: doskonale pamiętam moment, kiedy miałam wrażenie, że przy nim emocjonalnie rozpadam się na dwa kawałki, a w każdym kawałku są inne moje cechy bo ON, jak kompas wyznaczał kierunek, a w końcu rytm mojego życia, więc ta druga połowa była zbędna i zepchnięta na margines. A ja w końcu odkryłam, że lubię swój margines. Jest w nim tyle ciekawych rzeczy do odkrycia…
Jak ratować związek z mężczyzna? Nie wiem, ale jeszcze się kiedyś nauczę :)

Źródło: http://somecoffie.blog.pl/2013/03/31/jak-ratowac-zwiazek/

www.maminkowo.blog.onet.pl

Wszyscy na pewno znacie wiersz Brzechwy o Żurawiu i Czapli, którzy chodzą do siebie z wyznaniami uczuć i propozycjami, ale gdy „jedno chce, to nie chce drugie”. Wydaje mi się, że moje małżeństwo ma tę bajkę gdzieś u zarania. Nie umiem zliczyć, ile razy rozstaliśmy się z moim, wtedy jeszcze przyszłym, mężem w początkach naszej znajomości. Ile razy było tak, że jedno znów się zakochiwało w drugim, ale drugie chciało je trzymać na dystans, role się zmieniały, jak u Brzechwy. W tych przerwach, nieraz bardzo długich, trwała dziwna gra, nasze życia biegły oddzielnie, a jednak nieustannie splatały się, rzadko przypadkiem, a częściej sami prowokowaliśmy te sploty, odczuwając jakiś magnetyzm. Coś trzymało zawsze jedno w pobliżu drugiego. Możecie to zwać przeznaczeniem, chemią, miłością, głupotą… Ja sama nie umiem tego nazwać. Ważne jest dla mnie, że pozwoliło to przetrwać do dziś relacji, która, pokonując tak wiele, z destrukcyjnej stała się budującą i która powołała do życiu najwspanialszą istotę na świecie, naszą Basię.

W naszym przypadku to też Czapla była tą pierwszą niezdecydowaną i odrzucającą uczucie i jak w bajce, kiedy dała kosza Żurawiowi, ten również stracił swoją pewność, uniósł się dumą i nie był już „łatwy”. Rzucałam Żurawia i skłaniałam go do powrotów. Każda kolejna próba budowania związku była trudniejsza od poprzedniej, a każde rozstanie wydawało się bardziej radykalne. Nasze uczucie traciło przez to swoją niewinność i magię, przestało wierzyć w wiele rzeczy, które cechują pierwszą, wielką, ślepą, szczęśliwą miłość, zostało mocno nadszarpnięte i kiedy od nowa musiało zacząć się odradzać, przechodziło okropne katusze. Było to o tyle trudniejsze, że nikt nie potrafił w nas uwierzyć, znając te perypetie. Każdy traktował nasze życie jak odcinek 4987 „Mody na sukces”, w którym ktoś znów umrze, żeby zmartwychwstać w odcinku 5013, a Brook znów wróci do Ridga, by po raz piętnasty go rzucić, dla jego ojca czy syna… Po drodze, w przerwach pojawiały się inne uczucia, jakieś osoby zmieniające nasze życie, jakieś załamania nerwowe, różnie przechodzone żałoby po rozstaniu, przemiany w nas i obok nas… Wszystko to stawało się coraz trudniejsze i wydawało się skazane na klęskę. Aż po pewnym powrocie, kiedy oboje nie wierzyliśmy już sami w siebie, ani w tę miłość, postanowiliśmy podjąć radykalne kroki – jeśli ze sobą zamieszkamy i postanowimy, że mamy żyć jak małżeństwo i znosić wszystkie tego konsekwencje, to może nauczymy się siebie i zrozumiemy, o co w tym wszystkich nam chodzi. Od tamtej pory zamiast się rozstawać, dokonywaliśmy kolejnych, coraz silniejszych „przywiązań” – ślub, dziecko, przeprowadzki z dala od wszystkiego, co znamy. Dojrzeliśmy. Zrozumieliśmy, że bycie razem to wielki wysiłek, że nie jest w tym pięknie, że emocje, z którymi goniliśmy, to mrzonka, coś, co się musi wyczerpać, by dać pola czemuś większemu, choć może mniej efektownemu. Nasza „Moda na sukces” zamieniła się bardzo zwyczajny film obyczajowy.

Gdybym dziś miała komuś radzić, jak uratować związek, powiedziałabym: być cierpliwym, dużo znosić, nieco pomijać, nauczyć się wybaczać i przepraszać, starać się zrozumieć, jak najwięcej, nie zrażać się niepowodzeniami, wylewać z siebie jak najwięcej dobrych uczuć, ale także dać szansę tym złym, aby nauczyć się je przerabiać wspólnie i pojąć, że kłótnie, złość, złe słowa, głupie czyny to nie koniec świata, bo wszystko da się naprawić, jeśli się chce i jeśli się kocha…

Usłyszałam jako dziecko taką oto metaforę: dwie osoby trzymają sznurek za dwa końce, sznurek jest długi, a one daleko od siebie. Każda ich kłótnia, rozstanie czy błąd popełniony wobec drugiego powoduje, że sznurek zostaje przecięty, a kiedy te osoby się godzą, znów zbliżają, przepraszają, sznurek zostaje związany znów na mocny supeł. Po wielu takich razach sznur ma dużo supłów, których nie da się rozerwać szarpnięciem, ba, szarpanie zaciska supły jeszcze mocniej, coraz mniej jest miejsca, gdzie nożyczki mogą go przeciąć, a co najważniejsze, jest on dzięki tym supłom coraz krótszy, a te osoby są coraz bliżej siebie. Jestem dumna z moich supłów, bo to każdy raz, gdy udało (udaje) się nam Nas uratować. Wiem, że kiedyś na naszym sznurku będzie supeł obok supła i żadne nożyczki nie zmieszczą się pomiędzy tymi węzełkami.

Nigdy nie powiem: udało się nam! Tego nie można być pewnym. Wspólne życie to nieustająca walka i ciężka praca, pewnie najtrudniejsze zadanie w moim życiu, ale ciągle i zawsze w toku, więcej w nim nudy niż ekscytacji, a nerwy równoważą uśmiechy. Ale mogę powiedzieć: nie żałuję, że dałam szansę czemuś, czemu nikt rozsądny nie dałby szansy. Miłość nie jest rozumna i chyba w tym tkwi jej siła, że czasem tak głupia i wbrew wszystkiemu pozwala przeć do przodu i działać cuda.

Źródło: http://maminkowo.blog.onet.pl/2013/03/29/ja-czapla-on-zuraw/

www.moje-slow-life.blog.pl

Jak uratować związek? Trzeba tego po prostu chcieć, to znaczy obie strony muszą chcieć. Gdy jest odpowiednia motywacja, to dalej pójdzie z górki. W sumie proste, ale jak zrobić, żeby dwoje w związku w tym samym czasie zechciało zawalczyć. Według mnie to jest klucz do zagadki, jednak każda para musi znaleźć własne rozwiązanie. Napiszę jak było u nas, może to kiedyś komuś pomoże.

    Poznaliśmy się w pracy. Szybko poczuliśmy, że łączy nas dobra nić porozumienia. Układała nam się współpraca, mieliśmy tematy do rozmów, podobne poczucie humoru. Oboje byliśmy świeżo po nieudanych związkach i każde z nas szukało normalności. I ten nasz związek taki był, normalny. Nie było szaleństwa, romantycznej zwariowanej miłości. Był związek dwojga dojrzałych ludzi, którzy się pokochali i wzajemnie szanowali. Oczywiście pojawiły się nieprzespane noce, motyle w brzuchu, niecierpliwe wyczekiwanie spotkania. Byliśmy zakochani ale od początku nasz związek był stabilny. Szybko razem zamieszkaliśmy, ustaliliśmy kwestie finansów i podziału obowiązków. Już na starcie zadałam najważniejsze pytanie, czy mój wybranek będzie chciał mieć w przyszłości dzieci. Miał już dziesięcioletniego syna z pierwszego małżeństwa i nie byłam pewna jego planów. Sama wówczas nie myślałam jeszcze o dzieciach ale wiedziałam, że kiedyś będę chciała zostać mamą. Jak wiadomo, latka lecą i nie chciałam się angażować w związek, który nie byłby zgodny w tak fundamentalnej kwestii. Może to się wydawać mało romantyczne, ale oboje uważamy, że skoro ludzie opanowali sztukę mowy, to trzeba z tego daru korzystać i wyjaśniać sobie różne sprawy. Dzięki temu nasz związek był udany. Pamiętam jak kiedyś podczas jakiegoś wyjazdu służbowego, koleżanka z biura poznała nas od prywatnej strony. Powiedziała mi wówczas najmilszy komplement, że oboje jesteśmy tacy prawdziwi, że nasz związek jest normalny, bez jakiegoś szarpania się, pretensji, popisywania się, że niczego nie udajemy. Nie powiem, że się nie kłócimy, bo potrafimy czasem bardzo żarliwie bronić swoich racji. Ale nie obrażamy się na siebie, tylko wszystko wyjaśniamy na bieżąco.  I tak sobie żyliśmy kilka lat, a w międzyczasie rozwijaliśmy się w pracy, wybudowaliśmy dom, trochę podróżowaliśmy. Przyszedł moment na powiększenie rodziny i też wszystko na początku było dobrze. Jednak po kilku tygodniach odezwało się zmęczenie. Dziecko czasem płakało, trzeba było często do niego wstawać. W dzień też syn był bardzo absorbujący. Nie zawsze miałam czas na ugotowanie obiadu, posprzątanie. Czytałam, że po urodzeniu dziecka może nastąpić kryzys w związku, dlatego trzeba o siebie dbać. Bycie mamą nie zwalnia z obowiązku pielęgnowania małżeństwa. „Zrób ładny makijaż, wyjdź do fryzjera, kup nowy ciuch. Bądź atrakcyjna dla partnera” czytałam w gazetach. Głupia nie jestem, zawsze o siebie dbałam, lubię patrzeć na swoje zdrowe ciało i uśmiechniętą ładną buzię. Makijaż i jakieś ładne szmatki nie zaszkodzą ale nie rozwiążą wszystkich problemów. Zaczęliśmy na siebie „powarkiwać”. Mąż wracał zmęczony z pracy, chciał odespać zarwaną noc, bo też budził go płacz dziecka. Ja natomiast chciałam nadrobić prace domowe, wyskoczyć do sklepu bez ciężkiego nosidełka z dzieckiem, wyjść z psem i odetchnąć świeżym powietrzem, ale sama, bez kogoś do opieki. Korzystaliśmy z naszego daru mowy i w mniej lub bardziej krzyczący sposób dochodziliśmy do jakiegoś porozumienia. Dziecko rosło, przesypiało prawie całą noc, w dzień trochę się bawiło, a my jakoś odnaleźliśmy się w całej tej sytuacji i stwierdziliśmy, że kryzys zażegnany. Pogodziliśmy się tak owocnie, że po kilku miesiącach ponownie zostaliśmy rodzicami. Tym razem już nie straszne nam były dodatkowe obowiązki. Drugie dziecko, zwłaszcza przy niewielkiej różnicy wieku, chowało się niejako z biegu. Nie zdążyliśmy pożegnać pieluszek, butelek i kaszek a już drugiego syna trzeba było przewijać. Nie było czasu na jakieś przemyślenia, biadolenie nad swoim losem. Wszystko się kręciło i tak dotrwaliśmy do pierwszych urodzin młodszego syna. Nabraliśmy trochę oddechu i wtedy każde z nas chciało jak najwięcej tej swobody dla siebie. Znowu zaczęły się pretensje i wzajemne oskarżanie. Wówczas jak z nieba spadła nam nagroda jaką mąż otrzymał w pracy. Za tak zwane zasługi otrzymał tygodniowy wyjazd do luksusowego spa dla dwóch osób. Zwerbowałam babcię do opieki nad chłopcami i kilka tygodni później lecieliśmy wypocząć na greckiej wyspie. Koleżanka jeszcze tylko mnie uprzedziła, abym się tak nie ekscytowała, bo najwięcej par decyzję o rozstaniu podejmuje właśnie podczas urlopu. Wtedy, z dala od domowych  i zawodowych obowiązków, okazuje się, że małżonków nic już nie łączy, że się ze sobą nudzą itp. Spragniona wypoczynku, stwierdziłam, że będzie co będzie, ale muszę odespać i wygrzać się na plaży. Na miejscu okazało się, że spa jest faktycznie bardzo luksusowe, nie było do czego się przyczepić. Oddaliśmy się błogiemu lenistwu i faktycznie trochę się ze sobą nudziliśmy, nawet nie bardzo nam się chciało rozmawiać. Nie było przy nas dzieci, nie było na czym skupić uwagi i trochę brakowało dyżurnego tematu do rozmowy. Trzeciego wieczoru usiedliśmy w barze przy basenie i sączyliśmy kolorowe drinki. Od słowa do słowa i dzięki tym drinkom, co tak skutecznie rozplątują język, zaczęły się wzajemne pretensje. A to o to, że mąż po pracy chce odpocząć a nie od razu siedzieć z dziećmi, że mam tyle czasu w ciągu dnia na zrobienie wszystkiego, dlaczego on ma po pracy jeszcze się dziećmi zajmować. Przecież zarabia na dom i to całkiem nieźle i chciałby mieć chwilę spokoju.
- Od czego spokoju? Od rodziny? Przecież to też twoje dzieci, kochają cię, chcą z tobą spędzać czas – ripostowałam. Przez cały dzień sprzątam, gotuję, robię zakupy, pielę ogród i przede wszystkim wychowuję dzieci. Też jestem skonana. Robię to po to aby popołudnie było dla nas, dla rodziny. A ty zamiast posiedzieć z nami wolisz spać czy gapić się w telewizor – atakowałam.
- Popołudnie dla rodziny? To czemu tak uciekasz pogadać do sąsiadki albo na zakupy? – denerwował się mąż
- Bo chcę, żebyś aktywnie spędził trochę czasu z synami. Gdy ja jestem, to cię wyręczam. Dzieci powinny spędzać trochę czasu tylko z jednym rodzicem, chcę żebyś się zaangażował.
- To jedź na pół godziny, ale nie, ty jak wyjdziesz to już jak pies co się zerwał z łańcucha, nie masz umiaru.
- Bo jestem jak ten pies! Przykułeś mnie łańcuchem do kaloryfera a ja też mam swoje potrzeby. Ty w pracy przynajmniej do kogoś zagadasz i ja też chcę parę słów z jakimś dorosłym zamienić.
- A ty myślisz, że ja do tej pracy to na imprezę chodzę! Wiesz ile muszę się naużerać z tymi pracownikami! W nocy też się budzę jak wstajesz do dzieci, chcę mieć trochę odpoczynku.
- Biedaczek, budzi się jak ja wstaję. Mnie jakoś nikt nie pyta czy się zmęczyłam tylko muszę tyrać. A gdzie moje potrzeby, samorealizacja?
- Przecież sama chciałaś zostać na wychowawczym! Kto ci broni, jak chcesz to idź do pracy.
I te pe i te de i te pe cytując klasykę.
Poszłam obrażona do pokoju i szybko zasnęłam, nawet nie słyszałam kiedy wrócił mąż. Rano obudziło mnie pragnienie, a na wspomnienie wczorajszej rozmowy pomyślałam, że lepiej jak napiję się czegoś na plaży. Nie będę musiała go oglądać. Jednak nie minęło pół godziny a przy leżaku zobaczyłam męża. Widocznie nie potrafi beze mnie żyć, pomyślałam. Stał tak nieporadnie, w ręku trzymał whisky z lodem i zapytał zachęcająco:
- Przechodziłem tutaj nieopodal i widzę taka laska sama siedzi to poczęstuję drinkiem.
- „Z tragarzami?” – zakpiłam
- „Tak tak, z tragarzami” – dokończył mąż -  Obejrzałbym sobie z tobą tego „Misia”, nudzi mnie już ta hotelowa kablówka. Następnym razem weźmiemy ze sobą dvd i kilka dobrych komedii.
- Skąd wiesz, że będzie następny raz – wysyczałam
- Oj daj spokój. Co pijesz? Kawkę? – łagodził mąż
- Mrożona, z wkładką. Dziewczyny przy barze poznały, że jestem wczorajsza to mi dolały rumu.
- Słusznie, klin klinem. Popatrz tam, jaka fajna rodzinka. Ci to dopiero mają przechlapane, jeszcze trzecie im się trafiło. Ale stęskniłem się już za tymi naszymi łobuzami. Następny wyjazd to już chłopakami – mąż próbował wszystko łagodzić.
- Nie wiem czy chcę kolejnego wspólnego wyjazdu. Wiecznie się kłócimy, mamy tyle pretensji. Mam tego dość. Nie tak powinno wyglądać nasze życie. Może nie pasujemy jednak do siebie – mówię w złości ale to co mówię zaczyna mieć dla mnie sens. Od kilku lat, dokładnie po urodzeniu dzieci, nasze życie to wzajemne pretensje i mniej lub bardziej ostre kłótnie. Nie takiego życia chciałam dla siebie i swojej rodziny. Nie mam już ochoty godzić się, aby za kilka dni wszystko wróciło na nowo. Zmęczyłam się już tym.
Milczymy.
- Hmm, no to co… rozwód? – po chwili zapytał mąż.
- Odwiedzę adwokata po powrocie – ucięłam rozmowę i jakby mi ulżyło. Klamka zapadła. Zerkam na męża. Spokojnie się opala, nawet go to nie wzruszyło. Widocznie jemu już nie zależy, też jest zmęczony i mu to pasuje.
Dłuższe milczenie.
Po chwili mąż powoli i spokojnie zaczął – rozwieźć się to jest najprościej. Już to przerabiałem. Jesteś pewna, że tego chcesz?
Znowu cisza, ale tym razem mimo bólu głowy, kotłowało mi się w niej mnóstwo myśli. No tak, ma rację. Rozwieźć się to jest najprościej. Wystarczy powiedzieć, że do siebie nie pasujemy, tak zwana niezgodność charakterów. Ale z drugiej strony, w imię czego mamy się ze sobą męczyć. Lepiej to zakończyć i na nowo ułożyć sobie życie. Po co dzieci mają patrzeć na kłótnie rodziców. No tak, ale skąd mam pewność, że znajdę kogoś, kto lepiej do mnie pasuje. A jeśli po kilku latach historia zacznie się powtarzać. A do tego mamy dzieci. Kto mocniej je pokocha niż rodzice? Ostatnio dużo się mówi o rodzinach pachworkowych, że można poukładać relacje i żyć w takiej „pozszywanej” rodzinie. Tylko ile to wymaga energii i pracy nad relacjami? Może lepiej tą energię przeznaczyć na posklejanie własnej rodziny. Przecież nie jest z nami tak beznadziejnie. Lubimy się, potrafimy rozmawiać ze sobą, nawet na żarty nas jeszcze stać. Gdzieś urwała nam się ta nić porozumienia, ale jeszcze jest szansa, aby wszystko naprawić. Podczas dalszej wspólnej rozmowy zrozumieliśmy, jak bardzo jesteśmy dla siebie cenni. Może to niewiele, ale dla nas to był krok milowy, potem poszło już gładko. Gdy już mieliśmy odpowiednią motywację, wymyślanie sposobów było bardzo przyjemne i dało nam wiele radości. Zaczęliśmy jeszcze podczas urlopu i wycisnęliśmy z tych kilku dni ile się dało. Wieczorne biesiadowanie przy dobrej kolacji i winie, spacer brzegiem morza i czułość na plaży. Banalne ale dla nas to było ważne, pękł balon wzajemnych pretensji i nic już nie było istotne. Byliśmy tylko my. Dzieci zostały pod dobrą opieką i nie rozpraszały nas swoją obecnością. Zaczęliśmy widzieć w sobie człowieka, nie było motyli w brzuchu jak na początku związku, ale wspólny śmiech, przyjemność ze swojego towarzystwa. Po powrocie nadal dbaliśmy o dobre porozumienie. Raz jest lepiej a raz gorzej ale wiemy, że warto o nas walczyć.
    Jak uratować związek? Nam wystarczyło uświadomienie sobie, ile ten związek dla nas znaczy. Według mnie, gdy partnerzy mają silną motywację, to prędzej czy później znajdą swój własny sposób. Trzeba tylko chcieć ten związek ratować.
Źródło: http://moje-slow-life.blog.pl/2013/03/28/trzeba-tylko-chciec/

www.niedlaidiotow.blog.pl

Niejako odruchowo uchylam się. Stoję tyłem do zabudowy kuchennej i błysk w szkle uwrażliwia moją czujność. Rzucony kobiecą ręką talerz wali z całej siły w kafelki i rozpryskuje się tuż koło mnie. Obracam się natychmiast czekając na kolejny cios, osłaniając ramieniem twarz. Nawet nie zauważam, że ręka którą trzymam ścierkę pokaleczona odłamkami duraleksu zaczyna krwawić. Ale cios nie nadchodzi. Rozlega się tylko płacz, powoli przechodzący w gasnący szloch. Alicja unikając mojego wzroku opuszcza tonącą we łzach głowę na resztki rozrzuconego na stole jedzenia. Nie jest dla niej istotne, że jej twarz, piękna twarz dojrzałej kobiety za chwilkę będzie wyglądała jakby malował ją pijany artysta. Keczupem i musztardą. Słyszę jej tłumione smarkami z nosa: – Wynoś się, wynoś do tej swojej Kasi, może tam ci będzie lepiej. I widzę drgające spazmem drobne ramiona.

Wjeżdżający na dworzec pociąg kończy właśnie bieg. Jeszcze nie podnoszę się z siedzenia, ze mną w przedziale komplet osób szykuje się do wyjścia. Niech sobie idą, i tak dalej nie pojedziemy. Brzuch boli mnie jak cholera, ponad pięć godzin stania w korytarzu nie jest najlepsze dla gojących się, dopiero co zrośniętych ran. Pół godziny w przedziale, na ustąpionym z litości miejscu nie daje wypoczynku. Dziewczyna, której zawdzięczam to, że nie zemdlałem w korytarzu wychodząc pyta: – Pomóc coś panu? Źle pan wygląda.. Dziękuję jej. Poradzę sobie.

Bólu nie ma. Zniknął nie wiadomo gdzie. Jest tylko zapach torów kolejowych, hałas komunikatów o opóźnieniach i przyjazdach oraz pisk hamujących składów kolejowych. I są ręce Alicji, po raz pierwszy zamknięte na moich plecach, jest jej ciepły oddech, dotyk ciała, głos. – Tak czekałam, Jerzy, tak czekałam. Teraz już wszystko będzie dobrze, zobaczysz, pokażę ci miasto, mamy cały weekend dla siebie. Gdzieś w środku, we mnie budzi się spokój, że to już kres drogi mimo jej początku, że mimo żalu za Kasią wszystko się poukłada. Moja torba jest niewielka, przyjechałem w końcu tylko na dwa dni. Kiedy rozpakowuję się w mieszkaniu Alicji, widzę jej wzrok. Dziwny, na chwilę wyprany z okazywanej mi wcześniej czułości. Z tyłu za mną stoi Damian. Jej syn. I już wiem dokąd poleciała czułość, który mężczyzna jest władcą duszy ślicznej kobiety.

- Panie Jerzy, pańskie kwalifikacje są wystarczające. Może trzeba będzie podszlifować angielski, ale myślę że do pierwszych kontaktów ze stroną holenderską wystarczy. To kiedy może pan zacząć pracę? Od poniedziałku? Trochę za wcześnie jak dla nas. W końcu oddział serwisu na Europę dopiero tworzymy, ale myślę, że 1 marca będzie dobrą datą. Będzie już przygotowane miejsce dla pana, biurko, komputer. Zaczniemy od szkolenia BHP – i do roboty. OK? To finał w sumie czwartej rozmowy kwalifikacyjnej. Nie tak źle jak na Dolny Śląsk. Moje rodzinne zachodniopomorskie jest wyprane z ofert do zera. Albo idziesz na kasę do Reala, albo pod Realem odwozisz ludziom wózki. Zarobki porównywalne. Tutaj szef oferuje 3800 brutto. Niby bosko, bo przecież netto to prawie trójka. Ale…

Ręka Alicji niknie za plecami, kiedy wchodząc do domu zastaję ją przy kawie w pokoju na kanapie. Podchodzę się przywitać, całujemy się delikatnie w policzki. Przez ramię widzę fiolkę z napisem „Olanzapin”. – Spałaś? – moje pytanie jest retorycznie, twarz kobiety świadczy o tym wyraźnie. – Nie spałam – odpowiada – ale jestem bardzo zmęczona. Dlaczego tak późno wróciłeś? – pyta. Odruchowo spoglądam na zegarek – dochodzi dopiero czwarta po południu. Nie było mnie raptem trzy godziny, tyle zajmuje dojechanie do zachodniej części miasta i powrót. Ale Alicja nie dostrzega tak pojmowanego upływu czasu. Jej zielone spojrzenie utkwione w moich oczach zdaje się przewiercać mnie wariografem myśli. Nie czekając na odpowiedź kładzie się powoli i szepcze: – Zostaw mnie, idź sobie. Zasypia w jednej chwili, tonem głosu wbijając mi szpilkę prosto w serce. Okrywam ją leżącym na fotelu kocem, delikatnie wyjmując spod pleców puste opakowanie po leku.

Trzepocę się z zimna. Na hali produkcyjnej, na której przygotowano mi boks z biurkiem jest zaledwie trzynaście stopni. To poniedziałek, mój pierwszy dzień w pracy. Wyglądam jak idiota w garniturze wśród ludzi ubranych w ocieplacze, kufajki, czapeczki i półrękawiczki. I tak też się czuję, marznąc do szpiku kości. Jeden po drugim z taśmy schodzą monitory. Łapię spojrzenia robotników, od rozbawionych, poprzez pełne politowania po współczujące. Nie mogę zająć się pracą – palce przypominają zesztywniałe nieposłuszne patyczki, stóp prawie nie czuję. Trochę pomaga herbata, tyle że muszę po nią ganiać co chwila do biur. Koszmarny debiut. Gdy odbieram komórkę, robi mi się gorąco. Alicja wypowiada tylko kilka słów i się rozłącza.: – Idę do szpitala.

Znowu ból. Ale nie fizyczny. Ból strachu o siebie i o moją dziewczynę. Dlaczego mi nic wcześniej nie powiedziała??? Jestem w pomieszczeniu medycznym, ale nie czuję się jakbym rozmawiał z lekarką. Pokój wygląda raczej jak dyrektorski gabinet w fabryce starych mebli. Ciemny, wysoki, nieprzytulny, w tonacjach brązu i szarości. Po ścianach widać mizerię publicznej służby zdrowia, która nie ma kasy nie dość że na pacjentów, to także i na lekarzy. Słyszę przychodzące gdzieś z oddali słowa, które – oddałbym za to wszystko – nie mogą być prawdą. Jeszcze nie teraz! – Pana żona ma schizofrenię. Daleko posuniętą schizofrenię. Jej życie to inny świat niż ten, do którego jest pan przyzwyczajony. To świat smutku, depresji, ale też potężnej huśtawki nastrojów – od euforii po zobojętnienie i apatię. To świat leków, silnych leków, które co jakiś czas musi zmieniać tu, na oddziale psychiatrycznym. Musi jej pan pomóc, panie Jerzy. A ja nawet nie mam siły, by powiedzieć że nie jest moją żoną.

Rozprawa rozwodowa kończy się na pierwszej sesji sądowej. Postanowienie uprawomocni się za dwa tygodnie. Sędzina nawet nie próbuje prowadzić tematu pojednania. Nasi adwokaci są skuteczni. Kiedy oboje z Kasią wychodzimy na wielki korytarz królestwa Temidy, wiedzeni jednym impulsem padamy sobie w ramiona i oboje płaczemy. Jak przez mgłę widzę wychodzący skład sędziowski i notuję nic nie rozumiejące spojrzenie adwokata byłej już żony. I kiedy szepcemy sobie „żegnaj, napisz czasami” i ja i ona wiemy, że kończy się kawał naszego wspólnego życia. Nieodwołalnie się kończy. I że nie będzie nigdy żadnego „napiszę”.

- Zostawcie mnie, zostawcie! – krzyk Alicji roznosi się na pół osiedla. – Nie chcę żyć, chcę do mamy, do mamy!!! Kobieta wisi przez poręcz balkonu, jej nogi co chwila rozdają kopniaki i mnie, i Damianowi. Ma sporą siłę, z trudem dajemy radę okiełznać rozhisteryzowaną kobietę. Już jedzie pogotowie, zastanawiam się tylko po co sąsiedzi je zawołali. Wiemy, że zaraz się uspokoi, ale też i wiemy, że to my będziemy z emocji mieć drgawki mięśni jeszcze długie godziny. Pod nami, trzy piętra pod nami chodnik ulicy Stalowej. Beton, który może stać się świadkiem tragedii, jeśli abilify, nowy lek nie zacznie działać skuteczniej. Jakiś dowcipniś na dole drze się do nas tak głośno, że przebija się przez krzyki Alicji: – Co, uczycie ją latać? Zacznijcie od miotły ochlapusy jedne!

Damian mówi: – Nie będę do ciebie miał pretensji, jak odejdziesz. No nie patrz na mnie, i tak byś mnie nie ani jej nie ochronił. Mówi o krwawym sińcu wpół policzka i o swojej, mocno dziś kulejącej prawej nodze. To na niej złamał się kij od szczotki, kiedy wczoraj, przed moim powrotem z pracy matka w jakimś nagłym widzie zaatakowała syna. Nie był przygotowany, siedział przed komputerem, ciosy nie tylko zdemolowały monitor, ale i ciało chłopca. Za chwilę oboje płakali, z nienawiści kobieta w ułamku chwili wróciła do świadomości, rozpaczając w ramionach jeszcze przed chwilą ofiary, a teraz uspakajającego, kochanego dziecka. Jej Damian nie ma pretensji. Wie, że tak wygląda proces zmiany leku, że kiedy jeden przestaje skutkować bo organizm się przestawia, mama znika na kilka tygodni w szpitalu, gdzie testują na niej inne leki. Abilify ma być tym dobrym na kolejny rok, może dwa. Nie jest.

- Osiemset złotych, proszę pana i ani grama mniej. Gdzie pan w prawie centrum miasta znajdzie za taką kasę samodzielny pokój? Fakt, babka ma rację z jednym „ale”. Ów pokój ma raptem troszkę ponad 10 m2, mikry przedpokoik i łazienko-kuchnię. W sumie niecałe 15 metrów. Ale fakt, osobne wejście jest jego wielkim atutem. Do tego jest gdzie postawić moją służbową pandę. Tyle, że do pracy mam ze dwadzieścia kilometrów. Waham się, ale krótko. Już rok wspólnego mieszkania na Stalowej za mną, za nami. Rok, w którym nie liczę się dla Alicji więcej niż rzecz, niż ktoś kto tylko dokłada się do utrzymania, do jej renty i alimentów jakie na Damiana płaci jego ojciec. Walczę o nią, czasami bez opamiętania. I sam nie wiem co jest gorsze – czy to, że rzuca we mnie czymkolwiek, że próbuje uciec z domu, ba, ucieka, czy też że godzinami i dniami leży na kozetce w pokoju bezmyślnie patrząc w jeden punkt. Ale są i piękne chwile, święta Bożego Narodzenia i Wielkanocy były cudowne. Sporo śmiechu, miłości. W końcu podejmuję decyzję.

Nie poznaję mojej dziewczyny. Kiedy zaczynam wynosić z domu swoje rzeczy, odrętwienie znika. Alicja podnosi się z leżanki, wymięta, ale z trzeźwym spojrzeniem. Długo rozmawiamy, mówię jej o swoich lękach o siebie i o nią, o tym, że nie mogę się opiekować najdroższą mi istotką bo ona tego nie chce, bo wyrzuca mnie z domu na klatkę schodową, bo jedyną osobą której jeszcze jako tako słucha jest Damian. Przyrzeka poprawę, obiecuje, że będzie brała już leki tak, jak przepisała jej lekarka. – Więc nie brałaś ich? – pytam z szeroko otwartymi zaskoczeniem oczami – Nie, źle się po nich czułam. Ale teraz już będę – i jak małe dziecko tuli się do mnie w geście przeprosin za psikusa. Jej drobnym ciałem wstrząsa narastający płacz. Kiedy Damian wnosi z powrotem do domu moje rzeczy, nie protestuję.

- Panie Jerzy, czeka pana od poniedziałku wyjazd do Amsterdamu na miesiąc. Wreszcie Holendrzy dojrzeli do rozszerzenia sieci serwisowej nie tylko na Europę zachodnią, ale też i na wschód. Zmieniamy też procedury obsługi klienta. Musi pan je poznać - komunikuje mi szef. Ta wiadomość jest dla mnie szokiem. Nie teraz, nie już za cztery dni, nie na miesiąc! Alicja mnie potrzebuje, szef zna sytuację, przecież nawet pomaga mi zwalniając z pracy kiedy mam sygnał, że czuje się gorzej. Damian ma akurat studenckie praktyki, aż w Opolu, a pozostawienie dziewczyny samej więcej jak na czas działania pigułki nie wchodzi w grę.  – Niech pan sobie to przemyśli. Musi pan jechać, jeśli nie – zastąpi pana koleżanka Marta. Ale to będzie oznaczało panie Jerzy jedno – i pan wie co.

Damian domyka bagażnik służbowej skody. – Miesiąc minie szybo, a ja praktyki przełożyłem – mówi. Wszystko będzie dobrze – powtarza na pożegnanie. I szybko mija miesiąc, naznaczony coraz mniejszą ilością SMS-ów, maili. Kiedy jadę do Polski już wiem, że nie mam gdzie wracać. Moje wszystkie rzeczy są w firmie. Przełykając kromkę chleba nie czuję smaku kawioru. Tylko piekielną gorycz. Porażki. Kolejnej.

Źródło: http://niedlaidiotow.blog.pl/2013/03/27/przyjedz-do-mnie-czesc-ii/

www.alteregostory.blog.pl

Helmut pogładził palcami swoje wargi, jak gdyby chciał sprawdzić ich szortstkość – robił tak zawsze, gdy nad czymś głęboko się zastanawiał. Agata patrzyła na niego z rezygnacją. Jej spojrzenie dawało do zrozumienia, że dziś nie ma ochoty na sesję. Była zmęczona i zwyczajnie chciała już wrócić do swojego pokoju.
- Próbowałaś kiedyś ratować ten związek? – zapytał, obracając w palcach swoje ulubione, srebrne pióro.
Myślała, że padnie. Gwałtowny wybuch śmiechu zamienił się w mokry kaszel; bokami dłoni wytarła załzawione oczy potrząsając głową z niedowierzaniem.
- Ty chyba nie pytasz mnie poważnie? – szybkim ruchem podciągnęła za długie rękawy polara, przeczesała palcami włosy i oparła łokcie o kolana, jakby przygotowywała się na odebranie seta.
- Najzupełniej poważnie – odpowiedział obracając w palcach wieczne pióro.
- Nie można ratować czegoś, w co się już nie wierzy…
- Opowiedz mi o tym – zachęcił – wczoraj na sesji wypadłaś przecież rewelacyjnie. Otworzyłaś się, robisz postępy.
Potarła dłońmi o siebie i skuliła się w fotelu, jak gdyby było jej zimno. Boże, nie chce do tego wracać.
- Mam Ci znowu opowiadać o Leszku? Tyle razy to wałkowaliśmy – odpowiedziała z lekkim tonem irytacji w głosie.
-  Opowiedz mi o Twoich próbach naprawienia tego, co razem budowaliście – zasugerował.
- Helmut, nie było takich prób..
- Dlaczego? – zmuszał ją do analizy tego, o czym tak usilnie starała się zapomnieć. Bolały ją tamte wspomnienia.
- A Leszek? – zapytał.
- Co Leszek?
- Czy próbował Ci pomóc?
Boże, te niemieckie realia zupełnie niewpisujące się w ramy polskiej rzeczywistości! Zdradzony i oszukany mąż, Polak, starający się pomóc rozhisteryzowanej, uzależnionej od alkoholu żonie…Chyba kpi!
- Mówiłaś, że Leszek jest lekarzem, kiedy się zorientował, że brałaś?
Westchnęła głęboko i przetarła kilkakrotnie twarz spoconymi dłońmi, jakby próbowała ją umyć powietrzem…
-  Widzisz – zaczęła – Leszek to bardzo ambitny facet, który swoje dzieciństwo spędził na wsi oferującej dzieciom nic, poza świeżym powietrzem i pięknymi widokami. Wiem coś o tym, bo wychowałam się w sąsiednim domu, na tej samej wsi, mając te same marzenia. Szkoła oferowała niski poziom edukacji, dyrektor obracał wieczorami większość swojej kadry. Wszyscy wiedzieli wszystko o wszystkich, rozumiesz? Jedyna rozrywka to suma w niedzielę – kto jak ubrany, ile dał na tacę. Ty tego nie czujesz, to są, to były inne realia… Marzenia o tym, żeby wyrwać się, wyjechać, przestać spędzać soboty sprzedając na Kleparzu fasolę, orzechy i ser. To było nasze dzieciństwo. Kurde…Szkoła do piątku, handel w sobotę, potem kura pod siekierę, wykopać ziemniaki, trochę warzyw. Niedziela -  kościół, zupa, drugie, chwila zabawy na polu, zadanie domowe, bajka na dobranoc, siusiu i spać…I tak tydzień za tygodniem. To było nasze dzieciństwo, rozumiesz? – uśmiechnęła się. – Nie zrozumiesz. Nigdy tego nie zrozumiesz… – Helmut przestał notować. Zmrużył oczy i w skupieniu czekał na dalszą część, nie chciał jej przerywać pytaniami.
- Kiedy Leszek zdał do liceum medycznego i wyjechał do miasta, trochę mu zazdrościłam, bo ja przecież też chciałam coś osiągnąć. Kiedy teraz na to patrzę, to wydaje mi się, że zawsze trochę rywalizowaliśmy ze sobą…A może to ja rywalizowałam z nim…? Nie wiem, naprawdę nie wiem.  Wróciliśmy na wieś, oboje, przypadkiem, na dodatek w tym samym czasie.  On wyglądał jak model z wybiegu – przystojny, wysoki, wysportowany, cholernie inteligentny…Podobał mi się, imponował mi. Zostaliśmy parą…No i  dopiero w młażeństwie zrozumiałam, że nie nadaje się do związków, naprawdę. Okazało się, eureka, że się zmieniliśmy. Ja byłam zbyt wymagająca – oczekiwałam za wiele, żądałam od niego zmian, chciałam wiecznej uwagi, a z drugiej strony niewiele dawałam od siebie. Byłam jak bluszcz – wysysałam soki, rozumiesz? On usychał, ja kwitłam…- popatrzyła na Helmuta, odchrząknęła. – Mogę zapalić? – spytała.
- Wiesz, że tu nie wolno.
- Możemy wyjść na zewnątrz?
Wstał i otworzył duże balkonowe drzwi. Przesunął krzesła tak, żeby wciąż znajdowały się za zadaszeniem. Trochę padało, powietrze bylo świeże i pachniało lipą.
- Jezus, dzięki – wyszeptała i sięgnęła do kieszeni po paczkę Malrboro. Zaciągnęła się wolno niebieskim dymem. Jej policzki niemal zetknęły się ze sobą od wewnątrz. Boże, gdyby nie papierosy, to chyba dostałaby szału. Deszcz delikatnie uderzał o liście – wystawiła rękę, żeby chwycić kilka kropli.
- Mój były mąż to typowy altruista…Przy nim miałam przystań, a nie adrenalinę. A mnie właśnie to nakręcało.
- Rozmawialiście o tym?
- O czym?
- O tym, co was podnieca a co nie. O zagrożeniach, o tym czego Ci było w tym związku brak.
- Z Leszkiem nie dało się tak rozmawiać…Po prostu.  Zresztą, co miałam powiedzieć „Kochanie, krzyknij na mnie, wkurw się na coś, skoczmy razem nago z banji”? Zwariowałeś?  – zaciągnęla się ponownie. Małe muszki owocówki zakręciły się wokół kłębów dymu. Odgoniła je ręką.
- Chciałam poszaleć i wrócić do domu. Pójść na kilka imprez, potańczyć, wypić trochę, a potem przytulić się do Leszka i zasnąć. Pespektywa zaczęła się zacieśniać…Już o tym mówiłam. Zamiast drinków potem było łóżko. Nie czułam różnicy. Tylko, że potem już nie chciałam wracać do domu.
- Chciałabyś cofnąć czas? Jeśli mogłabyś, co zrobiłabyś inaczej? – zapytał.
- Nie lubię takiego pieprzenia. Tylko mnie to bardziej drażni. Równie dobrze mogłabym Cię zapytać, co byś sobie kupił, gdybyś wygrał w totka, co by było, gdybyśmy byli dziećmi z Somalii, albo ja zakonnicą a ty księdzem. Wycofaj to pytanie.
- OK…Myślisz o tym, żeby spotkasz się z nim jak skończysz odwyk? Na trzeźwo? Na spokojnie?
Roztrzęsły się jej ręce. Przełknęła ślinę.
- Nie…Ale myślę o tym, żeby zacząć od nowa. Kiedyś, jak już będę czysta, jak z tego wyjdę… Chciałabym uczyć w szkole, jak siostra. I chcę być sama. Dla mnie miłość jest za trudna, wymaga pracy i poświęceń. Budzenie się obok jednego i tego samego mężczyzny przez resztę życia nie może być łatwe. Nie zawsze jest tęcza i motyle, codziennie wlaściwie kilof i ściana. Ale i duma, że buduje się to razem, a nie burzy… Nie wiem…Musisz walczyć i wierzyć w to, co robisz – a do tego trzeba mieć siłę i chęć.  To nie chodzi tylko o związek. O przyjaźń, o zasady. Trzeba widzieć w tym cel..Nie każdy to potrafi. Mój cel to zostawić Leszka w spokoju. Dostał ode mnie tylko baty…Na walkę już za późno.
- Dzięki takim decyzjom też coś naprawiasz… Czas goi rany, Agata. Jesteś na dobrej drodze -  zadeklarował Helmut i posłał jej ciepły uśmiech. Otworzył pióro i wpisał w zeszyt jakąś notkę. Wstała z fotela i zgasiła papierosa.
- Masz rację – szepnęła – ludzie powinni ze sobą rozmawiać, tak jak my tutaj, Helmut. O tym co czują, co ich boli… Powinnam mu była powiedzieć, żeby skoczył ze mną na banji  – rzuciła mimowolnie. Helmut na chwilę oderwał wzrok od notatek i podniósł brwi zachęcając ją skineniem głowy do kilku zdań więcej. Była gdzieś indziej – zamyślona, mówiła wolniej i  jakby do siebie.
- Zakładam się, że skoczyłby… Wtedy jeszcze tak…

Źródło:
http://alteregostory.blog.pl/2013/03/27/xxv/

www.observant.blog.pl

Zawsze lepiej o niego dbać niż ratować, ale co z sytuacją totalnej klęski i prostej drogi do „znać Cię nie chcę”, kiedy serce rwie się do wylania całej tej miłości? Jakie sztuczki wykorzystać bądź techniki a może jakieś podstępy da się w życie wprowadzić, aby wykrzesać resztki uczuć? Jak ratować przychodzi to najlepiej robić …nic, tak po prostu NIC. Na chwilę dać sobie ten moment na złapanie dystansu i nie zalewanie tą miłością i łzami zatracając granice godności, które w głos nieszczęścia zmuszają nas o żebranie uczuć. Nie uratujesz związku, namiętności i wspólnej przyszłości łzami i emocjonalnym terrorem. Nie ważne jaki powód był, nie ważne kto podjął decyzję i co się z tym wiąże. Daj sobie chwilę, po prostu daj od siebie odejść. Zamiast szantażu poszukaj siły, która pozwoli pokochać siebie samego tak na pierwszym miejscu. Odkryj kim jesteś i kim zawsze chciałeś być, znajdź cierpliwość, zrozum własne potrzeby i myśli. Jedyną osobą, która zawsze będzie u twojego boku to Ty sam. Jeśli sam nie potrafisz siebie pokochać, kto jest wstanie podjąć się takiego zadania? Jeśli sam nie umiesz sprawić sobie przyjemność i być tak po prostu szczęśliwym, kto będzie wstanie Cię przyodziać w skrzydła? Jasna sprawa, że serce krwawić będzie, palce będą tylko czekać aby dorwać się do klawiatury telefonu…ale jedyną bronią mogącą uratować jest nieuleganie i takie niebłaganie. Zalanie drugiej osoby całą goryczą zamiast przybliżać stawia mur, który ciężko rozbić nawet wspólnymi wspomnieniami i przeżyciami. Czym więcej zapłakani będziemy wrzeszczeć o ostatnią szansę, tym bardziej połówka jabłka będzie oddalać się od noszonych kiedyś różowych okularów i tego mrowienia w brzuchu. Siła która wiąże nas na początku, jest niczym gwoźdź przy ratowaniu związku. Wejście na drugą osobę i oplecenie jej porażką i poczuciem bólu jest najlepszym sposobem, aby pogrzebać ostatnie nadzieje. Jedynie przestrzeń może zwrócić nam utęsknione pożądanie. Stanie się jeszcze raz tym obcym, intrygującym i silnym jest wstanie załatać każde rany powstałe podczas utraty. Partnerka, która tryska pewnością siebie działa jak najlepszy afrodyzjak, bo przecież odchodziło się od tej galarety wylanej na podłodze, od histeryczki wylewającej potoki łez, od słabego zwierzątka, które bało się oddychać bez swojej miłości. A teraz przed oczami ma się gazele, która śmiało i z gracją przemyka pomiędzy jeleniami. Nie ma opcji innej niż zapalenie się instynktu łowcy, który jedyne co będzie pożądał to ponowne przebywanie z utraconym mięsem. A co jeśli ratować musi samiec? W tej sytuacji dystans również da chwilkę na odsapnięcie. Pozwoli zatęsknić, zwracając te chemię która przykleja na twarzy uśmiech i nie daję spocząć myślą, a co by było gdybyśmy jeszcze raz spróbowali. Co prawda mężczyźni mają tendencję do zatracania się w imię ratowania siebie, co zamiast dystansu buduje kilometrowe przestrzenie, które rozdzielą na zawsze. W takiej chwili warto pozostać w życiu uciekającej miłości, z odrobiną dystansu, która pomoże uniknąć wpadnięcia w macaki manipulacji. Krok maleńki do stania się usługującym poddanym, który zaprzedał duszę w nadziei na ratunek szczęścia. Znajdź siłę i szacunek do samego siebie, a to co się rozsypało ma spore szanse wrócić na zdrowych warunkach do swojej dawnej struktury. A co z ryzykiem nie zadziałania technik? No cóż, może faktycznie nie warto było? Może faktycznie szczęście gdzie indziej leży i inny ma kształt? Nie mniej jednak próbować zawsze warto…

Źródło: http://observant.blog.pl/2013/03/26/jak-ratowac-zwiazek-czyli-jak-ratowac-siebie/

www.uwolniona-marionetka.blog.onet.pl

… ugięły się pode mną nogi , spojrzenie na  które natrafiłam, całkowicie zgasiło moje zdenerwowanie. W jego oczach zobaczyłam coś, czego od lat szukałam w oczach mojego męża. Spłoszona , opuściłam wzrok , o czym ja myślę, nie przyjechałam tutaj szukać  nowej miłości, tylko znaleźć sposób na odbudowanie starej. Jego dłonie delikatnie oplatały moje, a jednocześnie  z niezwykłą precyzją i stanowczością prowadziły mnie w tym tańcu. Czułam niesamowitą energię jaka krążyła między nami , energię która zawładnęła mym umysłem.  Miałam ochotę połączyć nie tylko nasze ręce , ale ciała i dusze, chciałam byśmy stali się jednością.   Nie wiem nawet jak dobrnęłam do końca piosenki, cały czas próbowałam się kontrolować , żeby zachować odpowiedni dystans i nie pokazać mu jak bardzo wpłynęła na mnie jego osoba.  Kiedy melodia ucichła , uciekłam jak kopciuszek z balu , któremu skończył się czas…

… schowałam się w  toalecie. Mój oddech był przyśpieszony, serce biło jak oszalałe. Cały czas w uszach dźwięczały mi słowa piosenki, nucone mi do ucha przez mojego partnera: „ Zapomnijmy się.  Pójdź do mnie i szczęście mi stwórz.” – jakbym kiedyś już je słyszała, jakbym kiedyś tańczyła z nim to tango. Moje ciało płonęło pożądaniem.  Chciałam tam wrócić , objąć go mocno i wbić się w jego usta z całą tą namiętnością, która we mnie teraz się burzyła jakby zaraz miała wykipieć. „Uspokój się ,  to tylko Twoja wyobraźnia  – jednak moje myśli ciągle wracały do Tych oczu.  Wróciłam do stolika , było już około północy . Dziewczyny na szczęście debatowały nad atrakcjami  na następne dni naszego pobytu  i nie widziały ani mojego tańca , ani mojej ucieczki   od nieznajomego.” Dzięki Bogu” –pomyślałam, nie dałyby mi spokoju, a ja naprawdę nie miałam pojęcia kto to był i dlaczego wywarł na mnie takie wrażenie. Nagle zaczął boleć mnie brzuch .To koniec – pomyślałam. Jak zwykle te trudne dni postanowiły przyjść wcześniej niż powinny i popsuć mi resztę zabawy i wypoczynku. Przeprosiłam dziewczyny i Charliego. Powiedziałam , że wracam do pensjonatu taksówką. Przez chwilę oponowali , że na pewno zaraz mi przejdzie wystarczy bym się przewietrzyła, ale ja wolałam nie ryzykować , mimo iż miałam na sobie czerwona sukienkę to jej kolor pewnie nie zamaskowałby ewentualnej katastrofy.

 Wróciłam , nawet tak bardzo nie było mi przykro. Jak znam dziewczyny wrócą nad ranem i będą spały do południa, a ja będę mogła iść na samotny spacer do potoku , którego szum słyszałam pierwszego dnia, stojąc w ogródku.

Źródło: http://uwolniona-marionetka.blog.onet.pl/2011/12/12/taniec-zmyslow-niezapomnienie-czesc-9/

  • Konkurs

    Jak uratować związek? Opowiedz nam swoją historię!

    Prześlij notkę ze swojego bloga, zdobądź rozgłos i wygraj!

  • Jurorzy

    Marzena Rogalska

    Dziennikarka telewizyjna i radiowa
    Katarzyna Miller

    Psychoterapeutka, publicystka, filozofka, poetka
    Marcin Mroczko

    Szef serwisów turystycznych i społeczności w Onecie
  • Organizator