www.ja-mlodapolka.blog.pl

Zadarła głowę, trzasnęła drzwiami i wybiegła na ulicę. Nawet nie próbował jej powstrzymywać. Nic nie poszło zgodnie z planem, NIC! Kipiała ze złości. Z impetem stukała obcasami o płyty chodnikowe, z każdym krokiem czując się jeszcze gorzej. Mijani przez nią przechodnie, zdawali się odskakiwać z przestrachem i łzami w oczami, wcale nie z powodu hektolitrów perfum które na siebie wylała przed wyjściem. Na spotkanie dotarła roztrzęsiona, w drodze do stolika niemal tratując kelnera i zabijając wzrokiem siedzące przy winie przyjaciółki, które zamarły w bezruchu.

- Zadowolone?! Macie swoje pieprzone pomysły, które „zawsze działają”! – wykrzyczała ze złością.

- Gośka, to przecież niemożliwe. Pewnie zrobiłaś coś nie tak… – powiedziała Ewa.

- Albo czegoś nie zrobiłaś. – dodała Marysia.

- Spójrz na mnie! Wyglądam jak wygłodniała pawica, czy inna kolorowa papuga, strosząca piórka i szykująca się do sezonu godowego, a z bielizną, którą mam na sobie śmiało mogłabym zarabiać w którejś z witryn przy czerwonej ulicy w Amsterdamie. Pomijając mój ptasi mózg, nie wiem, po prostu nie wiem co ja sobie kurde wyobrażałam!? Paradowałam z gołym dupskiem po mieszkaniu a on nawet nie wychylił nosa zza gazety. Potem, już w tych seksownych paskach, zwanych przez niektórych bielizną, schylałam się po pieprzony kolczyk, który „przypadkiem” upadł mi pod fotel na którym siedział… i nic.

- Kurde, Gośka może On jest gejem? Wiesz Bolek i Lolek, a Ty jak ta Tola… – wymamrotała pod nosem Ewa, jednocześnie pisząc smsa.

- Ewka, litości! Po 8 latach małżeństwa nagle miałby okazać się gejem?! Nie słuchaj jej Gośka. – Marysia spiorunowała wzrokiem koleżankę – A spytał dokąd wychodzisz?

- Spytał, a jakże! Odpowiedziałam, że na spotkanie. I wiecie co mi powiedział…?- zalała się łzami Gośka. – Żebym się dobrze bawiła i nawet pocałował mnie w policzek. Żadnych dodatkowych pytań. – szlochała.

- Cholera jasna, nie jest dobrze. – powiedziała dotąd spokojna Marysia. – Bo to jest ten moment kiedy powinien zareagować. Mnie mój złapał przy drzwiach, a potem długo się godziliśmy…

- A ja jestem rozwódką, bo mój małżonek szczęśliwy, że ma mnie z głowy, sam udał się na spotkanie ze swoją kochanką. – Ewka wzięła łyk wina, po czym dodała – Nie powstrzymywał Cię, nie był zazdrosny, nie wypytywał, nie chciał Cię przelecieć…

- Dziewczyny… On kogoś ma… jestem tego pewna. – przez łzy wyszeptała Gośka, zalewając się ich kolejną falą.

- Spokojnie. Coś wymyślimy, będzie dobrze. – pocieszała Gośkę Marysia sama do końca nie wierząc w swoje słowa.

- A skoro już się odstawiłyśmy, trzeba się troszkę zabawić! – krzyknęła Ewa i zamówiła drugą butelkę wina. – Pogłówkujemy później. – mrugnęła w stronę koleżanek, podając im po kieliszku.

Jednak zamiast się rozluźnić Gośka oddała się rozmyślaniom. Kiedyś potrafili rozmawiać na każdy temat, nawet kiedy byli na siebie wściekli, choć rzadko się to zdarzało, czemu to się zmieniło? – pytała samą siebie.- Gdzie się podziały te pieprzone kwiatki, czekoladki i słodkie buziaki co rano? A może to moja wina? – myślała – Może to ja przesadzam? Przecież to normalne, że ludzie się do siebie przyzwyczają, że wszystko powszednieje. Nie, nie my. Przecież się kochamy! Ale to nie znaczy, że on może się bez końca na mnie gniewać! Co to, to nie. A jeśli faktycznie mnie zdradza?

Wczoraj wszczęła dziką awanturę o to, że nie włożył talerzyka do zmywarki. Miała potem wyrzuty sumienia, bo zwyzywała go od lenia, brudasa, buraka i flejtucha, a on jak zawsze poszedł do drugiego pokoju i zaczął tworzyć te swoje projekty. Wkurzał ją. Zdecydowanie, bardzo ją wkurzał. Jeszcze bardziej irytowała ją ta jego obojętność. Potrafił milczeć tygodniami, po lżejszej kłótni kilka godzin, a potem ni z tego, ni z owego przychodził i pytał, czy pójdzie z nim do kina. Paranoja! Oczywiście, że nie! Jakby nie mógł najpierw przeprosić i przyznać się do błędu. Od miesiąca toczą też wojnę podjazdową o święta. Boże Narodzenie u teściów, Wielkanoc u jej rodziców, tak ustalali. W rzeczywistości, przez Darka umiłowanie do zabawy oświetleniem, Boże Narodzenie spędzili osobno, bo on był niezbędny podczas przygotowań do jakiejś wielce istotnej imprezy, również Wielkanoc zapowiadała się podobnie. Owa wojna podjazdowa w praktyce polega na tym, że Darek w najmniej oczekiwanych momentach zadaje Gośce pytanie:

- Jedziesz do rodziców na święta?

- Myślałam, że chociaż jedne spędzimy razem! – odpowiada żona, po czym w momencie, w którym Darek traci czujność sama  przystępuje do ataku – Na którą godzinę idziemy święcić jajka?

- No zawsze chodziliśmy na 13…

- Ha! Czyli się zgadzasz! – Gośka już prawie wyciąga pompony by oddać się tańcowi zwycięstwa, gdy nagle Darek odzyskuje kontakt z rzeczywistością…

-Nie próbuj mnie wrobić! Dzięki temu zleceniu mogę zyskać kolejne. Nawet nie zdajesz sobie sprawy ilu tam będzie potencjalnych klientów! Z resztą wiedziałaś za kogo wychodzisz i czym się zajmuję, pretensje możesz mieć wyłącznie do siebie.

Tak właśnie mija im marzec. Gośka nie potrafi zrozumieć dlaczego on nie chce spędzić świąt w rodzinnej atmosferze, z kolei Darek nie pojmuje czemu ona tak bardzo chce mu uniemożliwić drogę do satysfakcji zawodowej. Drą więc koty, bo inaczej się nie da. Sytuacja jest patowa od dłuższego czasu, ciche dni, wzajemne obwinianie się za całe zło tego świata, awantury z niczego, brak bliskości, normalnej rozmowy i poczucia bezpieczeństwa. Czasami Gośce wydaje się, że ich miłość po prostu umarła śmiercią naturalną. Nie wie tylko jak się z tym zmierzyć, jak skonfrontować się z mężem, kiedy każda ich rozmowa kończy się kłótnią?

- No już, nie myśl tyle Maleńka. – wyrwała ją z rozmyślań Ewa.

- Musimy podjąć następne kroki. – dodała Marysia, a Gośka w odpowiedzi pokiwała głową.

- Dobra, podsumujmy to co mamy. Uwaga, uwaga: Nic nie mamy! – Poirytowała się Ewa – Nie zmienia to faktu, że po trzech miesiącach abstynencji, powinien był się na Ciebie dzisiaj rzucić jak wygłodniały lew na tłuściutką antylopkę.

- Tak samo jak wtedy, gdy zasnęłaś w stroju seksy pielęgniarki. Ciesz się kobieto, że teściowa Cię wtedy nie wzięła!- dziewczyny uśmiechnęły się ciepło a Gośka zalała się rumieńcem na wspomnienie żenującego planu zaskoczenia męża. Za radą koleżanek, ku ożywieniu związku, zakupiła niezwykle erotyczny strój pielęgniarki i postanowiła czekać w nim na powrót męża z pracy. Miał być o 20. Zapaliła więc świece w sypialni, ułożyła się w świeżej pościeli i oddała się niecierpliwemu oczekiwaniu, które nie wiedzieć kiedy zamieniło się w twardy sen, z którego to wybudził ją krzyk teściowej, przywiezionej z dworca przez męża. Biedaczka wpadła z nieoczekiwaną wizytą, lecz nie zabawiła długo, bo już następnego dnia rano Darek odstawił ją na dworzec. Nie poruszali tego tematu. Gośka nawrzucała wtedy mężowi, że nie raczył jej powiadomić o wizycie teściowej i to przez niego wyszła na idiotkę.

- Dobra, dobra to wszystko wasza wina, tak samo jak dzisiejsza akcja. Wiecie co, ja już chyba wrócę do domu.

- Nie możesz, musimy Ci coś jeszcze powiedzieć. – powiedziała Marysia rzucając Ewie porozumiewawcze spojrzenie.

- Spróbuj zachować spokój i wysłuchać mnie do końca. Dobrze? Pamiętaj, że chcemy wam pomóc. – Gośka była zaskoczona i zdezorientowana, czy one wiedzą coś, o czym ona nie ma pojęcia? Ewa kontynuowała. – Razem z Marysią przeanalizowałyśmy wszystkie możliwe scenariusze i w zależności od reakcji Darka miałyśmy wcielić w życie plan B lub C, lub… no nie ważne. Wynajęłyśmy detektywa, który obserwuje wasze mieszkanie. Darek gdzieś wyszedł, wcześniej rozmawiał przez telefon, wiemy tylko, że nie ma go w domu, ale nie mamy pojęcia dokąd się udał, bo nasz tajny agent go zgubił…

- Dupa a nie detektyw! – dodała poirytowana Marysia. Gośka słuchała z oczami tak wielkim jak denka od butelek i zastanawiała się, czy w tym winie coś było i zapadła w narkotyczny sen, czy jej przyjaciółki oszalały i świetnie bawią się jej kosztem. Bała się odezwać, w sumie, to nawet nie wiedziała, co miałaby powiedzieć. Ewka kontynuowała.

- Nagranie jego rozmowy masz na mailu, podobnie jak nagranie z pewnej prowokacji, którą zaaranżowałyśmy. – Ewa wzięła głębszy wdech i mówiła dalej – Wynajęłyśmy dziewczynę, ale nie taką o jakiej myślisz! – dodała szybko widząc wściekłość malującą się na twarzy przyjaciółki – To dziewczyna polecona przez tego, pożal się Boże, detektywa, która zajmuje się sprawdzaniem niewiernych mężów. Udawała, że złapała gumę, zadzwoniła domofonem do Darka prosząc o pomoc. Zszedł do niej i pomógł, ale… nie dał się sprowokować jej wdziękom i ponieść samczym instynktom.

- Nie bardzo wiemy o co w tym wszystkim chodzi. Nic się nie klei. Chyba powinnaś wrócić do domu, przesłuchać nagranie, obejrzeć film, poczekać aż wróci i porozmawiać szczerze. – dodała Marysia.

Gośka milczała przez dłuższą chwilę, chcąc pozbierać myśli. Była zła, zagubiona i zrezygnowana. Sama nie wiedziała co ma myśleć o mężu, o sobie, o tych kochanych babach, które z jakiś przyczyn tak bardzo zaangażowały się w akcję ratowania jej związku. A co jeśli nie ma już czego ratować? Trudno, lepiej żeby odszedł, niż miałby ją zdradzać, nie ważne czy z facetem czy z drugą kobietą, zdrada to zawsze zdrada. W sumie wersja z mężczyzną wydaje się być jeszcze gorsza, bo świadczyło by to o tym, że okłamywał ją od początku, ale po jaką cholerę? „Jestem zdrowo pieprznięta myśląc o tych wszystkich rzeczach, z resztą dzisiaj wszystko jest jakieś dziwne…” – pomyślała, po czym opróżniła kieliszek. Kręciło jej się w głowie, może za dużo wypiła, a może to przez mieszankę piorunującą, jaka została jej zafundowana w ciągu ostatnich kilku godzin?  Koleżanki patrzyły na nią w milczeniu. Wstała od stolika i bez słowa skierowała się w stronę wyjścia.

- Taksówka już na Ciebie czeka. Uważaj na siebie! – krzyknęła za nią Ewa.

***

Nigdy nie myślała, że można mieć pustkę w głowie, taką ogromną, czarną, nieprzeniknioną nicość, ale miała. To doświadczenie można by uznać za zbędne, nie pamiętała drogi do domu, zdawał się nic nie widzieć, nic nie czuć. Siedziała na tylnym siedzeniu taksówki, jak kukła, nie rejestrując żadnych bodźców pochodzących z otaczającego ją świata. Świadomość wróciła jej kilka ulic przed kamienicą w której mieszkała. Kazała zatrzymać się kierowcy, mając nadzieję, że krótki spacer pomoże i zimne powietrze przywróci krążenie w jej obolałej głowie. Myśli szalone, precz! Kiedy przypominała sobie wydarzenia dzisiejszego wieczoru, czuła się jak po seansie kiepskiej komedii, nie dowierzając, że to wszystko rzeczywiście miało miejsce, że przytrafiło się im i że to wciąż się dzieje. Zaczął padać śnieg, świat oszalał, zamieć śnieżna drugiego dnia wiosny! Przyspieszyła kroku, spacer niestety nie pomógł, w jego trakcie uświadomiła sobie, że to nie koniec. Musi odsłuchać nagranie… a może lepiej nie? Przecież narusza prywatność męża, a jeśli on ją zdradza?

Wbiegła do mieszkania, wzięła szybki, gorący prysznic i z butelką wina zasiadła przed laptopem, niecierpliwie oczekując aż załaduje się poczta. Drżącą ręką otworzyła maila i odtworzyła nagranie rozmowy męża. Usłyszała dźwięk sygnału, po czym odezwał się kobiecy głos:

- Co się stało syneczku?! Jest prawie północ, coś z Gosią?

- Mamo… ja nie wiem, co mam robić. To już chyba koniec, boję się. Wyszła gdzieś dzisiaj, wyglądała tak pięknie, moja Gosia… chyba ubrała się tak dla niego, a ja nie miałem siły żeby ją powstrzymać, bałem się że wtedy powie, że odchodzi, że ma mnie dość, że już mnie nie kocha…

- Ale o czym ty mówisz?! Gosia miałaby mieć kochanka, dlaczego tak myślisz, może po prostu umówiła się z koleżankami, przecież mają te swoje babskie wieczory?

- Nie potrafimy się dogadać. Wszystko jej przeszkadza, czasami wolę się nie odzywać, unikać jej, żeby nie dawać kolejnych powodów do złości. Nienawidzę tej ciszy, ale wydaje mi się ona lepsza, niż kłótnie. Wolę zejść jej z oczu, niż miałbym ją ranić przypadkowo wyrzucanymi słowami pełnymi bezradności. Mamo… ona jest taka silna, do niczego nie jestem jej potrzebny, nic nas już nie łączy. Przed chwilą pomagałem jakiejś kobiecie, złapała gumę i prawie płakała, potrzebowała mojej pomocy. Chciałbym czuć się Gosi potrzebny, chciałbym żeby mnie zawołała kiedy robi obiad albo pranie, żeby pozwoliła sobie pomóc, żeby pozwoliła się kochać. I te święta… dlaczego ona nie rozumie, że to jest dla mnie naprawdę ważne? Z Wami i z jej rodzicami widujemy się bardzo często, przecież nic się nie stanie jak nie będziemy świętować w rodzinnym gronie. Może jej się wydawać, że to głupia zabawa młodego chłopaka, ale na tym można bardzo dobrze zarobić, gdy pracuję czuję się szczęśliwy, tworzę dla niej, a ona nigdy tego nie widzi. Nie interesuję jej ani ja, ani moje uczucia, ani moja praca, nigdy nie była na moim pokazie. Nie wiem czy to ma jeszcze sens…

- Mówiłeś jej to wszystko? Zakładam, że nie. Oboje żyjecie domysłami i wykańczacie się wzajemnie. Co ona ma myśleć, kiedy ty milczysz, gniewasz się, unikasz konfrontacji? Może kłótniami o głupoty chce Cię zmusić do rozmowy? Synu… zamiast się zamartwiać, działaj. Porozmawiajcie, ja wiem, że nie jest za późno.

- Dziękuję mamo.

Nagranie dobiegło końca. Siedziała na kanapie w osłupieniu. Spodziewała się wszystkiego, ale… Cholera jasna! Głupia, głupia! Rozmowa, szczerość, gdzie to wszystko? Co ją opętało? Muszą porozmawiać, tak zwyczajnie porozmawiać. Gdzie on teraz jest, może wybiegł jej szukać? Zaczeka na niego w domu…

***

Na twarzy poczuła ciepło promieni słonecznych. Ubiegłej nocy zasnęła na kanapie. Wino zapewniło jej głęboki sen, oraz ciężkie powieki, których teraz nie mogła unieść. Wyczuła aromat kawy… a więc wrócił! Z trudem udało jej się otworzyć jedno oko, zerknęła w stronę aneksu kuchennego. Darek miał na sobie biały t-shirt i jeansy, krzątał się po kuchni szykując śniadanie. Był uśmiechnięty i tak przystojny… Zamknęła oko i na powrót zasnęła. Obudził ją głos Darka. Tym razem nie musiała walczyć z powiekami. Usiadła na kanapie zauważając, że Darek podpiął jakiś sprzęt do telewizora.

- Co to jest? – zapytała zaciekawiona.

- Zobaczysz, ale po śniadaniu. Teraz chodź. – powiedział mąż ujmując Gośkę za rękę i prowadząc ją w kierunku zastawionego stołu.

Po raz pierwszy od nieszczęsnych trzech miesięcy zjedli wspólnie posiłek. Rozmawiali jak po długim rozstaniu, mieli sobie tyle do powiedzenia, jednak kwestia świąt i pozostałych nieporozumień pozostała  nietknięta, zgrabnie przemilczeli też ostatnią noc, nie chcąc psuć magii tej zwykłej, dobrej chwili.

Po śniadaniu Darek tłumaczył Gosi jak działa sprzęt. Okazało się, iż jest to konsola do gier i to nie taka zwykła, bo sterowana ruchami całego ciała. Pozwolił jej wybrać grę. Zdecydowała się na boks. Stanęli naprzeciw siebie przodem do ekranu telewizora i bili się zapamiętale, rozładowując nagromadzone stresy, śmiejąc się głośno. Jednak beztroska zabawa szybko zmieniła się w katastrofę. Darek wziął większy zamach, Gośka płacząc ze śmiechu pochyliła się za mocno do przodu i jego pięść wylądowała na jej prawym policzku, tuż pod okiem. Ten cios zwalił ją z nóg. Darek uklęknął przy niej przestraszony.

- Nic Ci nie jest? Przepraszam, to był głupi pomysł, tak bardzo Cię przepraszam. – mówił szybko, przyglądając się jej badawczo oczami pełnymi strachu.

- Nic się nie stało. Należało mi się… – mówiąc to zaczęła płakać – Kocham Cię. – przytuliła się do niego mocno a on odwzajemnił uścisk. – Musimy porozmawiać, tak jak jeszcze nigdy, wszystko razem przetrawić.

- Za chwilę, teraz chodź przyłożymy Ci lód do twarzy, ale siniak i tak wyjdzie. – powiedział zatroskany Darek.

- Oj, będą mieli w poniedziałek w pracy do myślenia. – to mówiąc Gośka zaczęła się śmiać, jednak mąż wciąż wyglądał na strapionego.

- To cholerstwo oddamy do sklepu. – rzekł Darek wskazując na konsole.

- Ani mi się waż! Gdybyśmy jeszcze kiedyś zapędzili się w głupocie tak daleko jak teraz, będę miała okazję żeby Ci oddać i świat wróci do równowagi.

***

Nie jest ważne ile razy upadamy, najważniejsze aby podnosić się i walczyć, ramię w ramię, w imię naszej miłości. Nie istnieją związki idealne, nie ma rad uniwersalnych, każdy musi wypracować swój klucz, znaleźć złoty środek, naginający świat do naszych potrzeb, tak abyśmy zawsze mogli być razem, o ile wciąż tego chcemy… Zazwyczaj najprostsze rozwiązanie może okazać się najlepsze. Otwarta, szczera rozmowa niepolegająca na rozpamiętywaniu i wypominaniu, a na rzetelnej analizie tego co złe i wspólnym poszukiwaniu rozwiązania, wydaje się być punktem wyjściowym, bazą dalszych działań. Tylko jak do tej spokojnej rozmowy doprowadzić, kiedy tyle w nas złości? Może za moimi bohaterami warto wcześniej rozładować emocje, powalczyć? ;)

Powodzenia!

http://ja-mlodapolka.blog.pl/2013/03/24/walcz-czyli-krotka-historia-o-komplikowaniu-rzeczy-nielatwych/

www.oh-seriously.blog.pl

Chociaż mam wrażenie, że moja historia i moja postawa jest apoteozą idei nieratowania związków. Zawsze uważałam, że ludzie się nie zmieniają. Jeśli coś w ich relacjach popsuło się na tyle, że mają siebie naprawdę dosyć i im się nie układa to lepiej niech każde pójdzie w swoją stronę, niż mają się bawić w jakieś akcje ratunkowe. Bo to się nie uda. Ja jestem tego doskonałym przykładem. Ratowałam, się nie udało. Wyszło na moje :D .

Kiedy M. wyprowadził się z domu ostatnią rzeczą, na którą miałam ochotę to ratowanie naszego małżeństwa. Szczególnie po tym, co nawyczyniał dzień po wyprowadzce. Kiedy to przyjechał po resztę swoich klamotów. I wszedł do mojego domu pod moją nieobecność, tak jakby nadal miał do tego prawo. W sumie ta akcja z wynoszeniem swoich, jak również nie swoich rzeczy, dla mnie była kolejnym dowodem na słuszność podjętej decyzji o rozstaniu.

Przez półtora miesiąca nasze kontakty ograniczały się do krzyczenia na siebie przez telefon. Mnie szlag trafiał, bo zostałam z gigantycznym syfem w domu, ździebko bez środków do życia, z nieopłaconymi rachunkami… No ale cóż, przynajmniej się wyniósł.

Podczas gdy ja cieszyłam się z zakończenia tej toksycznej relacji, moja rodzina, a w szczególności moja mama, strasznie to przeżywała. I koniecznie chciała mnie namówić na podjęcie próby naprawienia mojego małżeństwa. Nie wiem, czemu jej tak na tym zależało. Szczególnie, że uważała, że to moja wina, że ten związek się rozpadł. A M. jest biedny i pokrzywdzony. Troszkę przykro mi było, że nawet najbliższa rodzina jest przeciwko mnie. Zamiast cieszyć się ze mną i pomóc doprowadzić sprawę do końca, czyli do rozwodu, to rzucała mi kłody pod nogi.

Nasze stosunki ociepliły się minimalnie w święta BN. M. zadzwonił do mnie z życzeniami. Generalnie olałabym dziada ciepłym moczem, ale moja matka nalegała, żebym z nim porozmawiała. Żeby uniknąć dalszego gadania o tym, jaka to jestem zawzięta i tak nie można, bo przecież jesteście nadal małżeństwem odebrałam ten telefon.

Kolejny raz rozmawialiśmy jakoś zaraz przed Sylwestrem. Musieliśmy ustalić parę spraw dotyczących podziału majątku i opłacenia zaległych rachunków.

Po Sylwestrze okazało się, że mój nieszczęsny laptop będzie w serwisie dłużej niż myślałam. Troszkę się wkurzyłam, bo raz, że bez lapka nie mogłabym pracować, a dwa, że ledwo dostałam się do wymarzonej gildii, a nie mogłam grać. Wracając z Kraczka do domu tak sobie rozkminiałam, co tu zrobić. Pomyślałam, że może pożyczę laptopa od M., on i tak go nie używał zbyt często. Jego starzy mieli jakiegoś złomiastego peceta. On i tak albo na rowerku, albo w pracy, laptop stał i się kurzył. A mnie by się przydał. Skorzystałam więc z ocieplenia naszych relacji i zadzwoniłam do M.

M. bez większych oporów zgodził mi się pożyczyć komputer. Miałam po niego podjechać następnego dnia. Oczywiście umówiłam się tak, żeby jego szanownej rodzinki nie bylo w domu. Bo nie miałam szczególnej ochoty na spotkania z teściami.

Nie pamiętam jaki to był dzień, chyba poniedziałek. Pojechałam na Bemowo po tego kompa. Widziałam wtedy M. pierwszy raz od jego wyprowadzki. W sumie chciałam wziąć laptopa i sobie iść. Ale M. poprosił mnie, żebyśmy porozmawiali. Zaczął coś mówić, że tęskni. Że kocha. Że może warto by spróbować jeszcze raz. Taka gadka szmatka.

Ponieważ było już dosyć późno i lada moment mieli przyjść jego rodzice, postanowiliśmy pójść na jakiś obiad, żeby móc swobodnie pogadać.

M. obiecywał mi złote góry. Mówił, jak to się zmienił. Ile zrozumiał. Że teraz będzie na pewno lepiej. Że się będzie starał. Że mu zależy na mnie. Gadał i gadał. I udało mu się mnie zagadać na tyle, że zgodziłam się na próbę naprawy naszego związku. Do dziś się zastanawiam, jak mu się udało mnie na to namówić. Ale widać taki urok socjopatów. Okręcają sobie ludzi dookoła palca.

Ponieważ ponowne wprowadzenie się M. do mnie nie wchodziło w grę zastanawialiśmy się, jak to zrobić, żeby to wszystko posklejać. Pomysłów było sporo.

Ja od razu postawiłam warunek, że żadna z rodzin ma się do tego nie mieszać. Nasze relacje mają zostać pomiędzy nami. Nie chcę żadnych złotych rad od nikogo. Zresztą, tak jak pisałam wcześniej, na teściów miałam alergię, więc niezbyt sobie wyobrażałam, że miałabym omawiać cokolwiek z nimi. Powiedziałam tylko mojej matce, że postaramy się do siebie wrócić. I poprosiłam, żeby nie ingerowała w sposób, w jaki to robimy. Bo oczywiście ona oczekiwała, że od razu zamieszkamy znowu ze sobą itd. Dlatego właśnie nie miałam ochoty na pomoc bliskich.

Zasugerowałam M. żebyśmy udali się na terapię. Jakkolwiek nie chciałam pomocy rodziny, to uważałam, że chłodne spojrzenie osoby trzeciej na nasze problemy pomoże nam się z nimi uporać. Na to z kolei nie chciał zgodzić się M. Uważał, że terapia nic nie zdziała. Poza tym kto to widział, obcym się zwierzać z prywatnych spraw. Chyba zapomniał, że nie tak dawno temu sam wysyłał mnie do psychiatry…

Wobec tego zaproponowałam, że po prostu zaczniemy się umawiać na najzwyklejsze w świecie randki. Tak jakbyśmy zaczynali zupełnie nowy związek. Bo przecież tak miało być, mieliśmy zacząć od nowa. Spotkania gdzieś na mieście, na neutralnym gruncie miały nam stworzyć możliwość swobodnej rozmowy. Zobaczenia siebie w innych okolicznościach, niż tylko domowych pieleszach. Zabiegania o siebie, starania się. Mogliśmy spędzić czas inaczej niż dotychczas, wyjść w miejsca w których normalnie nie bywaliśmy razem. To miała być odmiana, powiew świeżości. No i był jeszcze jeden powód. Poprzednio M. praktycznie zamieszkał u mnie po drugiej randce. Więc etap randkowania nas ominął. Chciałam, że tak to ujmę, nadrobić te straty.

M. ten pomysł przypadł do gustu. Stwierdził, że jak najbardziej na taki układ może iść. Spotkaliśmy się tak raz, i drugi. Bardzo dużo rozmawialiśmy. Każde z nas wyrzucało z siebie te wszystkie żale, nagromadzone przez te parę lat. Miałam nadzieję, że po paru takich seansach to wzajemne obgryzanie się do kości się skończy. I będziemy mogli przejść do następnego etapu. W sumie na to się zanosiło. Bo po tych żalach, rozmawialiśmy o przyszłości, o naszych oczekiwaniach, planach, marzeniach.

Po dwóch spotkaniach zaczęłam coś dostrzegać. Inicjatorką tych spotkań byłam ja. M. sam z siebie nie dzwonił, nie pisał. Nie potrafił naskrobać nawet głupiego sms’a w stylu: „Co u Ciebie?”. To gdzie pójdziemy M. też zostawiał mnie do wymyślenia.

Powiedziałam mu o tym. Że skoro chce, żebyśmy do siebie wrócili, to niech po zabiega o mnie choć troszkę. Ą nie, że przez dwa tygodnie on nie daje znaku życia. I potem łaskawie się zgadza na spotkanie, kiedy ja je zaproponuje. Kolejną rzeczą, która wydawała mi się dosyć dziwna, był brak fizycznego kontaktu. Nie mówię tutaj o chodzeniu do łóżka, bo na to żadne z nas nie było gotowe. Ale głupi buziak na przywitanie. Nie w policzek. Bo tak to się mogą witać kolega z koleżanką z pracy. Albo trzymanie się za rękę. M. unikał jakiegokolwiek kontaktu ze mną. Ja też na niego nie naciskałam, ale widać było, że coś jest nie halo. Poruszyłam ten temat. M. stwierdził, że on czułby się dziwnie dotykając mnie, że jestem jego żoną, więc nie będzie się ze mną witać wylewnie czy chodzić za rękę. Pomyślałam tylko: Oho, wiele się nie zmieniło…

Potem nastąpiła przerwa w naszych randkach. M. wyjechał ze znajomymi na jakiś wypad w góry. Przed wyjazdem poprosiłam, żeby od czasu do czasu się do mnie odezwał. Wysłał sms, że wszystko z nim okej. M. obiecał, że oczywiście tak zrobi. Obietnicy nie dotrzymał. Nie wiem czemu. W końcu nie chodziło mi o kontrolowanie go, tylko o najzwyklejszą chęć dowiedzenia się, czy wszystko z nim w porządku. To chyba naturalne. Po powrocie M. oczywiście przepraszał, coś tam się usprawiedliwiał. Ale mi jakoś nie chciało się wierzyć w te jego wymówki. No ale skoro ratujemy, to ratujemy. Umawialiśmy się dalej.

Na naszej trzeciej randce doszło do poważnego zgrzytu. M. w pewnym momencie zaczął swoją starą śpiewkę, jaki to on jest przeze mnie pokrzywdzony. Standardowe bla bla bla. Jak za starych, „dobrych” czasów. Poprosiłam go spokojnie, żeby dal spokój. Że nie o to nam w końcu chodzi, żeby teraz się licytować kto kogo bardziej skrzywdził, i komu jest gorzej. Prośby zdały się na nic, więc postanowiłam zakończyć to spotkanie. Naprawdę, miałam po dziurki w nosie wysłuchiwania o biednym, pokrzywdzonym M., i złej, wstrętnej Izabelli. Wyszliśmy razem z restauracji. M. stwierdził, że odprowadzi mnie na pociąg. Droga była dosyć daleka. Bo z samego Centrum robiłam sobie spacerek na Dw. Gdański. Nie wiem po co on wtedy ze mną szedł. Chyba tylko po to, żeby mi krwi napsuć. Bo oczywiście dalej trajkotał swoje. Nie zważając na to, że mi łzy już ciurkiem kapią. Gdzieś w połowie drogi zatrzymałam się i zapytałam M. po co mi to wszystko mówi? Co ma na celu? Żeby mi wytłumaczył, jak to w końcu jest – niby chce zacząć od nowa, ale dalej robi to samo. Po co mówi mi takie rzeczy? M. jak gdyby nigdy nic stwierdził, że tak naprawdę to on nie wie, czy chce to ratować. Że może mu na mnie zależy, a może nie. Że w zasadzie to nie wie czy mnie kocha. No i że może mówi to specjalnie, żeby mi zrobić przykrość, bo tak naprawdę średnio się liczy z tym, co ja czuję.

Nie wytrzymałam. Zerwałam się z ławki, na której sobie przycupnęłam. I prawie skacząc, różnica wzrostu robiła swoje, strzeliłam go prosto w ten wstrętny pysk. Na środku ulicy. Przy ludziach. Tego się chyba M. nie spodziewał. Pewnie myślał, że będę znosić jego huśtawki nastrojów i godzić się na takie traktowanie, pelna wdzięczności, że w ogóle on łaskawie zgadza się na powrót do mnie. A tu niespodzianka. Bo nie dość, że się nie godzę, to jeszcze po pysku leję. Szedł za mną jeszcze jakiś czas i trajkotał, że teraz to koniec. Że on widzi, że ja się nic nie zmieniłam. A on się za to zmienił niby diametralnie… Dalej robił to samo.

Chyba dwa tygodnie po tym zdarzeniu znowu zaczęliśmy ze sobą rozmawiać. M. zarzekał się, że oczywiście tak nie myśli, że nie wie, dlaczego to wszystko powiedział. Że mu przykro z tego powodu. A ja głupia znowu uwierzyłam. Żeby pokazać swoją dobrą wolę i chęć naprawy stosunków M. zgodził się wpaść do mnie z wizytą.

Przyjechał rzeczywiście. Rozmawialiśmy dalej. Szczerze mówiąc zaczynałam tracić wiarę w to, że nam się uda. Nie chciałam wracać do takiego stanu, jaki był przed wyprowadzką M. A wszystko do tego zmierzało. Nie po to kończyłam ten związek, żeby znowu wkopać się w to samo bagno. Powiedziałam o tym M. otwarcie. Że to nie ma sensu, i że cóż, możemy zostać co najwyżej przyjaciółmi. Propozycja nieszczera, bo nie zależało mi na przyjaźni z nim, ale na filmach tak mówią, kiedy z kimś zrywają :P .

M. gorzko się roześmiał. Stwierdził, że nie wyobraża sobie przyjaźni ze mną. Że bardzo chce jednak ze mną być. Powiedziałam mu, że to przemyślę. I że skoro naprawdę chce ze mną być, to zamiast tylko wymagać zmian ode mnie, niech sam też się jednak zmieni. Obiecywał, że zacznie bardziej zwracać na mnie uwagę, poświęcać mi więcej czasu.

Parę dni po tej rozmowie napisał do mnie na gg. Że chce moje rozliczenie podatkowe. Odpisałam mu, że się zastanowię. Bo jednak nie mieszkamy ze sobą, i nie widzę tutaj powodów, dla którego mielibyśmy się rozliczać razem. Szczerze mówiąc, główną przyczyną tego, że nie chciałam mu dać tego rozliczenia było to, że potrzebowałam tej gotówki, którą miała mi skarbówka zwrócić. M. zobowiązał się, że niby będzie się dokładał do moich rachunków, jako że jest nadal moim mężem. Ale tego nie robił. Dlatego dla mnie każdy grosz się wtedy liczył.

M. jak przeczytał, że mogę mu tego rozliczenia nie wysłać wściekł się. Zaczął pisać, że znowu wszystko utrudniam. Że w takim razie, to on chce rozwodu… Czytałam te jego wiadomości i oczom nie wierzyłam. Kiedy w końcu dotarło do mnie, że naprawdę przeczytałam to, co przeczytałam doznałam cudownego olśnienia. Wszystkie kawałki układanki w końcu złożyły się w spójną całość.

Zamiary M. stały się aż nazbyt oczywiste. Każde jego działanie podjęte w ramach ratowania małżeństwa miało na celu jeszcze większe, niż do tej pory ubezwłasnowolnienie mnie. Zgadzając się na powrót do siebie, w jego mniemaniu zgadzałam się na powrót, ale na jego warunkach. Ja nie miałam tutaj nic do gadania. Od samego początku tego naszego cudownego pogodzenia się zauważałam, że wszystko jest świetnie, dopóki robię i mówię to, co jest po myśli M. Gdy tylko coś w moim zachowaniu mu się nie podobało, było ono inne, niż to którego oczekiwał zaczynały się szantażyki emocjonalne. Że to nie ma sensu, że to koniec. Że nie ma czego ratować. Oczywiście miały one na celu ujarzmienie mnie. Stałam na przegranej pozycji. Bo oto on, wspaniałomyślny i cudowny, zgadza się wrócić do mnie, żony marnotrawnej. Pod przykrywką zmian i wybaczenia dalej prowadzi swoje dziwne gierki. Nic by się nie zmieniło na lepsze. Było by jeszcze gorzej. Bo pokazałbym mu, że jestem w stanie znieść wszystko, każde jego zachowanie, byleby był ze mną. Na to się zgodzić nie mogłam.

Już później, rozkminiając całą tą sytuację z J. doszliśmy do wniosku, że cała ta akcja z wyprowadzką i godzeniem się musiała być w jakiś sposób przemyślana. Ktoś życzliwy musiał doradzić mojemu byłemu, żeby zastosował genialny sposób pt. kopnij w 4 litery, jak kocha to wróci i się dostosuje. Bo zrozumie, co może stracić i się zmieni. Dlaczego myślę, że ktoś mu to doradził? Bo wątpię, aby sam na to wpadł.

M. tak zrobił. Kopnął mnie w tyłek, wyprowadził się. Chociaż nie jest dla mnie jasne, kto kogo tak naprawdę kopnął pierwszy. Bo może on tylko dostosował się do mojej rady, jakiej udzieliłam mu parę tygodni przed wyprowadzką. Czyli żeby sobie poszedł, delikatnie mówiąc. No nieważne. M. się wyprowadził, potem cudownie chciał powrócić, licząc na to, że ja skruszona zgodzę się na każdy jego warunek. A tu lipa. Bo ja dostałam kopa, ale zamiast zrozumieć i wrócić prosząc na kolanach o przebaczenie i obiecując poprawę nabrałam rozpędu. I jak tylko zaczęłam zauważać jego gierki, to przestało mi zależeć na sklejaniu czegokolwiek. Nie chciałam wracać do tego samego szamba, z którego się wygrzebałam po prawie pięciu latach.

Cóż, M. przekombinował. Jego strata, a mój zysk :) .

http://oh-seriously.blog.pl/2013/03/24/jak-uratowac-zwiazek-albo-raczej-jak-go-nie-ratowac/

www.kobietyokiem.blog.pl

Jak uratować związek? – Dobre pytanie. Najpierw jednak należy zastanowić się nad tym, czy warto i czy jest co ratować. Oczywiście, wszystko zależy od osób podejmujących decyzje- jedni zdecydują się na danie drugiej szansy, inni podziękują. To, czego chcesz i czego pragniesz, wiesz tylko Ty, tam w głębi serca, po prostu się nad tym zastanów.

Ratowanie związku Okiem Kobiety.

Kluczem, wg mnie, będzie- dla osób, które zdecydowały się na danie drugiej szansy- rozmowa. Nie ma to, jak usiąść przy jednym stole i wyłożyć kawę na ławę- wprost, bez ogródek wyżalić się Swojej Połowie, co jest złe, co nam nie odpowiada. Tylko pytanie- co dalej? Czy będziemy szczęśliwi, jeżeli Nasza Połówka weźmie sobie nasze słowa do serca i zmieni się, dostosuje do nich? Człowiek to nie robot, nie można go zaprogramować wg własnego „widzimisię”. Czy jesteśmy gotowi na wspólne powolne zmiany, zarówno siebie jak i Partnera oraz akceptację tego, czego zmienić się nie uda? W takim przypadku ważne dla ratowania związku jest wysłuchanie, zrozumienie, przedstawienie swojej wizji- obrona własnego JA i ustalenie jakiegoś kompromisu. Wszystko zależy od Połówek i od problemu.

Moim zdaniem, obecnie związki rozpadają się w głównej mierze z dwóch powodów.

Po pierwsze- zdrada Partnera, która nie może zostać zapomniana przez Osobę Zranioną. Ja sama nie umiałabym wybaczyć zdrady i wysłuchiwać „przepraszam, przysięgam to się nie powtórzy, byłem pijany” i innych tego typu głupich tłumaczeń. Jak się kogoś kocha, to kocha się go i będąc trzeźwym i będąc pijanym, i w samotności i w pokoju pełnym osobników płci przeciwnej, którzy chcą się na Ciebie rzucić i pożreć w całości. Jeżeli ktoś zdradzony decyduje się na kontynuowanie związku, to ja go podziwiam. W takim przypadku pomocna może okazać się terapia dla par, która może pomóc odbudować utracone zaufanie i poczucie bezpieczeństwa. Warto czasem pogadać z kimś obcym, aby chłodno podszedł do sytuacji i ją ocenił.

Drugi, częsty, powód kryzysów w związkach to rutyna. I tu opiszę pewną historię, widzianą oczywiście Okiem Kobiety:

Młode małżeństwo, szalone, pełne marzeń, lecz nie pieniędzy na ich realizację. Kształcące się, dorywczo pracujące, wynajmujące mieszkanie. Zakochana po uszy para, jakich wiele. Na początku związku Ona- jeszcze dziewczyna, spontaniczna, niebojąca się wyzwań, On- duży chłopiec, chcący podróżować, poznawać, zwiedzać świat i poszukać na nim swojego miejsca. Nie myślą, lecz działają, nie martwią się o nic, mimo, że często nie ma na jedzenie i trzeba liczyć każdy grosz- są szczęśliwi, żyją chwilą, mają siebie. Idealnie? Do pierwszej kłótni. Poszło o byle co, pewnie już o tym nie pamiętają, a jeśli- to się z tego śmieją. Krzyki, prośby, groźby- to też chyba jest sposób na uratowanie związku, bo pomogło. Cieszą się swoim szczęściem dalej. Pragną mieć dziecko w całym tym szaleństwie, przecież mocno się kochają, a dziecko jest owocem miłości. Dziecko całe szczęście rodzi się zdrowe, chowają je, dbają najlepiej jak tylko potrafią. Ale.

Dziecko zmienia Ją, zmieniona Ona zmienia Jego. Ona z szalonej dziewczyny chce być Kobietą, Matką, Żoną. On nie rozumie, nie dojrzewa tak szybko jak Ona, chce się bawić dalej. Ona potrzebuje stabilizacji, bezpieczeństwa, wysyła Go do pracy, On potrzebuje być u Niej znowu na pierwszym miejscu. On mówi, że kiedyś robili szalone rzeczy, kiedyś żyli inaczej, na przekór innym i Mu tego brakuje. Ona mówi, że teraz założyli Rodzinę, że Dziecko jest najważniejsze i trzeba myśleć o Nim, a nie o sobie.

Co z takim związkiem, gdzie on się dusi, ona się przemęcza, ciągle tylko praca, prasowanie, sprzątanie i gotowanie? Gdzie jedyną rozrywką jest spacer na plac zabaw, a na nic inne i tak nie ma czasu, pieniędzy i siły? Co z takim związkiem, w którym nie ma miejsca na własne marzenia, nikt nie śmie o nich pomyśleć, jeżeli brakuje pieniędzy na dziecko i podstawowe rzeczy – samochód, mieszkanie itp?

Czy jak odchowają dziecko, będą w stanie z powrotem żyć razem, skoro przez tyle lat z tego rezygnowali? Czy związek się rozpadnie, każde pójdzie w swoją stronę, czy może zostaną ze sobą z przyzwyczajenia i lęku przed samotnością, kupią sobie psa i na niego przeleją obowiązki i uczucia? Jak uratować taki związek, który nie zapewnia już rozrywek, który jest nudny i brak w nim fascynacji, a do którego tak łatwo wkraść się  może ktoś trzeci i oczarować może jedną z Połówek?

Trzeba rozmawiać, snuć plany, mówić o marzeniach, mimo, że w danym momencie nie ma na nie pieniędzy, trzeba nie zapominać o tym, co chce się z daną osobą zrobić. Ciągle podcinają nam skrzydła, ale nie należy się poddawać, trzeba walczyć o prawdziwe uczucie, bo takie zdarzyć się może tylko raz w życiu! Tak też robią Oni i są Razem. Cóż takie uczynili? Zabili rutynę! Odbudowali życie intymne, co przy małym dziecku łatwe nie było. W wolne weekendy organizują wspólne wycieczki, piją poranną wspólną kawę, czasem trafi się jakieś śniadanie do łóżka, bukiecik kwiatków i inne małe niespodzianki. Takie drobne rzeczy, a tak cieszą i pomagają odbudować związek. Ona już nie myśli tylko o Domu, a On nie musi zabiegać o jej uwagę i nie czuje się odrzucony. Dziecko ma spokojny Dom pełen miłości.

Wcale nie potrzebują do tego mnóstwa wolnego czasu i pieniędzy, wystarczy chcieć.

Co jeszcze może scementować związek, oprócz Przysięgi przed Bogiem, Małżeństwa, Dziecka, Rodziny, Wielkiej Miłości, Przywiązania, Uczucie?

No cóż… na pewno kredyt hipoteczny, więc drodzy Młodzi, jeżeli się boicie o wspólną przyszłość, szybciutko do banku! :) Z nim jest się o wiele trudniej rozstać…

Źródło: http://kobietyokiem.blog.pl/2013/03/24/

www.natretne-mysli.blog.pl

Ratowanie związku. Temat, który prawie wszyscy muszą odrobić. Jak dotąd osobiście miałam szczęście i takie zagadnienie nie zaprzątało mojej głowy. Jednak ciągle obserwuję rozpadające się związki znajomych. Z różnym stażem, czasami to tylko ludzie, których połączył kilkutygodniowy, dobry seks, czasami zaś małżeńska para z dziećmi. W tych, tak różnorodnych przypadkach, nagle pojawia się pewien zgrzyt, jakby w znanej nam melodii zabrzmiały jakieś fałszywe, niezgrane tony. Dobry seks okazuje się nie być wystarczającym powodem do bycia razem, zaś mąż, czy żona, zaczynają szukać potwierdzenia swojej atrakcyjności w obcych spojrzeniach.

Czy warto jednak ratować każdy związek? Iść w zaparte, bo tak sobie postanowiliśmy, że to będzie ten/ta jedyny/na?

Moja znajoma kiedyś, niemal płacząc, zwierzała się:

- Ale on jest tym jedynym, musi. Przecież jest idealny, taki męski, ma dobrą pracę, moja rodzina go uwielbia. No powiedz, z kim mogłabym mieć lepiej?

- Z kimś, kogo nie musiałabyś zachwalać przed samą sobą, jak sprzedawca, który rozpaczliwie pragnie pozbyć się trefnego towaru.

Zaśmiała się, krótkim, nerwowym śmiechem.

- Ale on naprawdę jest idealny. To ze mną musi być coś nie tak.

Znajoma bardzo długo nie dopuszczała do siebie myśli, że mogłaby odejść od takiego idealnego faceta. Skrzywdziła jego i siebie, gdy niemal, w filmowym stylu, uciekła sprzed ołtarza. W dżinsach i koszulce, nie założyła białej sukni. Po paru latach sama stwierdziła, że to było najlepsze, co mogła zrobić w tej sytuacji.

- Rodzina na ponad rok wyrzuciła mnie poza swój nawias, jak mogłam skrzywdzić takiego idealnego narzeczonego? On, jak to ideał, powiedział, że rozumie. Zawsze był taki taktowny. Żadnego potknięcia.

Dzisiaj żałuje tylko tego, że tak długo czekała. Myślała, że któregoś dnia obudzi się i znikną wątpliwości.

- A teraz?

- Nie mam żadnych. Kocham i jestem kochana. Nie zastanawiam się, czy jesteśmy idealni. Ważne, że razem się zestarzejemy. I nie przeraża mnie taka przyszłość, ba, nie mogę się jej wręcz doczekać!

Rozmowa ze znajomą utwierdziła mnie w przekonaniu, że nie o każdy związek powinno się walczyć. Czasami warto przyznać się do popełnionego błędu i odejść. Wiem, ucierpi na tym nasza duma, że niby nie potrafiliśmy dokonać właściwego wyboru naszego partnera/ki. I co z tego? Czy duma zastąpi nam ciepło drugiego człowieka, z którym chcemy się zestarzeć?

 

 

Znam również małżeństwo, staż kilkunastoletni, dwójka dzieci. Pamiętam, jak nie mogli oderwać od siebie rąk tuż po ślubie. Jakby wiecznie byli siebie spragnieni. Po pierwszym dziecku wyjechali za granicę. Wrócili po dziesięciu latach, z dwójką udanych łobuzów, oczkiem w ich głowach. On rozkręcił własny interes, ona zajęła się domem i opieką nad rozbrykanymi synami. Z zewnątrz wszystko wyglądało pięknie, nic, tylko zazdrościć.

- A tak, jesteśmy taką cholernie dobrą rodzinką!

Kwitowała moje pochwały znajoma. Ironia biła po twarzy. Otworzyłam szeroko oczy.

- No wiesz, nie narzekaj. Dobrze wam się powodzi, macie takich sympatycznych synów, skąd ta drwina?

- No właśnie, nasi cudowni chłopcy. Gdyby nie oni,  już dawno by mnie tu nie było.

Znajoma nakreśliła przede mną inny, niż dotąd zakładałam, obraz swojego związku. On wracał późno do domu, nie spieszył się. Zresztą jej to nie przeszkadzało.

- To taki nudny człowiek. Wystarczy, że posiedzę z nim piętnaście minut i już zasypiam. W łóżku też rutyna, a jak próbuję robić coś nowego, to fuka na mnie, że on się wygłupiać nie będzie. Nudziarz.

- Ale kochasz go?

- Zanudził moje uczucia na śmierć i już dawno poszły się powiesić z rozpaczy.

Śmiech znajomej był gorzki. Gdy pytałam o to, czy rozmawiała z mężem o swoich odczuciach, wybuchła i niemal krzyknęła:

- Milion razy! A jak nic się nie zmieniało, to wszczynałam celowo kłótnie, mając nadzieję na wykrzesanie z tego nudziarza jakiejś iskry.

Jeszcze za granicą odbyli terapię małżeńską. Dla niej były to kolejne, nudne godziny z mężem, dla niego strata czasu. W wyniku terapii doszli do wniosku, że mimo swojego niedopasowania, zostaną ze sobą dopóki synowie nie pójdą na studia.

- Ale dzieciaki na pewno czują, że z wami jest coś nie tak!

Wtedy ja niemal krzyczałam z oburzenia.

- Może i czują, ale pewni nie są. To nasza, dorosłych decyzja. Inaczej obydwoje mielibyśmy wyrzuty sumienia, że zabraliśmy im stabilny dom, dzieciństwo. Robimy to też trochę dla siebie. Po cholerę mi ciągłe wyrzuty sumienia?

Synowie znajomych rosną. Oni nadal tworzą, z pozoru, idealną parę. Gdy widzę ich razem, wyglądają na zakochanych. Złączone dłonie, uśmiech. Gdyby tylko nie ich oczy. Nie ma w nich ciepła.

 

Czasami ludzie ratują swoje związki. Jednak, na jak długo? Nie twierdzę, że nie warto tego robić. Uważam jednak, że bardzo rzadko pary wychodzą z tego typu sytuacji wzmocnione. Na ogół zostaje im wspólne życie, jednak spajają je słabe, pełne pęknięć więzy.

 

Jak więc, skutecznie, uratować związek? Znam taki sposób. Jest niezawodny. Nie dopuścić do tego, żeby w naszych głowach pojawiło się powyższe pytanie. Bo skoro ono już jest, oznacza, że stoimy na przegranej pozycji. Ratujemy rozpadające się budynki, chorych. Jednak nie możemy dopuścić do powstawania pęknięć i zwyrodnień w naszym związku. Najważniejsza jest prewencja. Nie czekajmy więc na najgorsze, tylko cały czas przygotowujmy najlepsze. Chcemy słyszeć miłosne wyznania? Więc mówmy „Kocham Cię, jest mi  z Tobą dobrze, ufam Ci…”. Werbalizujmy swoje uczucia. Chcemy bliskości? Więc przytulajmy, bez powodu, niezależnie od pory dnia, głaszczmy, całujmy. Chcemy czuć się pewnie przy boku ukochanej/ego? Obdarzmy go zaufaniem, przyjaźnią, bądźmy sobą.

I nie spinajmy się przy byle okazji, w końcu wspólne życie to przemierzanie codzienności, która bywa trudna. Zmrużmy oczy, nie bierzmy wszystkiego zbyt poważnie, poczucie humoru potrafi z tragedii uczynić śmieszną gafę. Śmiech jest najlepszym lekarstwem na smutek. Właściwie to remedium na większość ludzkich bolączek.

 

Jaki jest klucz do udanego związku? Pamiętać, jakim cudem jest fakt, że pokochaliśmy kogoś. Jakim podwójnym cudem jest to, że ten ktoś również nas obdarzył miłością. Kluczem jest ciągła świadomość, że mieliśmy cholerne szczęście. Głupotą byłoby nie zadbanie o taki dar.

Źródło: http://natretne-mysli.blog.pl/2013/03/24/klucz-do-codziennej-milosci-czyli-jak-uratowac-zwiazek/

www.kuradomowa.blogujaca.pl

Zdecydowałam się na opowiadanie, ponieważ temat kojarzy mi się tylko z tytułem rozdziału poradnika, a że ja daleka jestem od dawania rad i moralizowania, powstało opowiadanie (z przymrużeniem oka). W zasadzie jest to fragment innego mojego opowiadania (nigdzie do tej pory niedrukowanego), skrócony na potrzeby konkursu. Być może kiedyś uda mi się przygotować jakąś antologię.

Podobieństwo do prawdziwych osób i zdarzeń jest czysto przypadkowe. Proszę też przedstawionych niżej „porad” nie próbować w domu.

***

Miecio chodził na dupy. Tym razem chadzał do Zośki z bloku obok. To już rok. Niech mu ta dupa lekką będzie. Nie będę mu żałować. Nie będę mu żałować, co nie znaczy, że daruję. Obmyśliłam plan ratowania naszego małżeństwa. Pomóc w tym miały mi szczególne kontakty z Absolutem. Od trzech miesięcy prowadzę rozmowy. Krzyżem leżę i modły wznoszę o poprowadzenie w tej podróży, której celem ma być całkowite pogrążenie w rozpaczy Zośki i Mietka oraz sprowadzenie Miecia na właściwą drogę małżeńskiej wierności i uczciwości. Bo że Mietek zszedł na dupy, to nie moja wina. Chuć i nierząd nim zawładnęły. Trzeba go naprostować. A rozwodu nie będzie!

Plan ma przebiegać w kilku etapach. Pierwszy to skonstruowanie idealnej laleczki voodoo z jakichś szmatek wypchanych watą. Żeby łatwo się wbijało. Szczególnie zadbałam o jego przyrodzenie, bo w to miejsce zamierzałam wbijać igły ze szczególnym okrucieństwem. Impotenta ze skurczybyka zrobię, choćby nie wiem co. Dupę to on będzie mógł oglądać, ale własną i to w lustrze. Jak się odpowiednio wygnie. Nawet krew kaczki udało mi się zakupić  u jakiejś wiejskiej baby. Niestety rozcieńczoną spirytusem, żeby się nie skrzepła. Żywej kury nie miałam ochoty mordować. Aż tak poświęcać się dla Miecia nie zamierzam. A krew to krew. Może nawet lepiej, że ze spirytusem, bo Miecio za kołnierz też nie wylewał. Pasowało więc idealnie.

Drugi etap planu ratowania związku to rozmowa ze śmiercią. Pamiętam ze szkoły wiersz o Polikarpie. Jemu się udało, to czemu nie mnie. Też magister jestem. Co prawda po ośmiu latach studiowania w trybie zaocznym na prywatnej uczelni, ale dyplom mam. Tytuł wypisany czarno na białym. Już ta śmierć odpowiednio postraszy Miecia, coby przy żonie w domu siedział i na dupy nie chadzał, bo inaczej rach-ciach i po Mieciu.

Jest też trzeci punkt planu. Przez żołądek do serca. No, może bardziej doprowadzenie Miecia do wniosku, że żadna baba tak dobrze nie ugotuje jak żona. A taka żona to skarb, którego stracić nie można. Dlatego nie wbijam igieł w żołądek. Ten musi być zdrowiutki, bo będzie niezbędny do przeprowadzenia trzeciego etapu skrupulatnie opracowanego planu. I nawet mu czerniny nagotuję z resztek tej kaczej krwi, żeby się nie zmarnowało.

Po tygodniu realizowania mojego planu, kiedy zauważyłam, że Miecio krokiem kowboja po rodeo wrócił do domu, ponadto przytachał ze sobą pół apteki, postanowiłam sprawdzić, czy pierwsza część planu działa. Miecio spał. Na krześle zwisały jego spodnie. Na podłodze wylegiwały się porzucone w pośpiechu slipki. Zapowiadało się ciekawie. Czułam się jak dziecko zakradające się do spiżarni. Nie żeby mi się kulinarnie kojarzyła męskość Miecia. O, nie, nie. Ja przyzwoita kobieta jestem! Organoleptycznie nie badam zakamarków ciała Miecia. No, może kiedyś w dalekiej przeszłości, ale tego nie pamiętam. I nie chcę. Zobaczymy teraz, co kryje się pod kocykiem. Delikatnie go uniosłam, żeby Miecia nie obudzić. Westchnęło sobie przez sen, biedaczysko styrane życiem. Pomrukiwał jakoś tak boleśnie, że prawie szkoda mi go było. Ale od razu przed oczami prawie goły tyłek Zochy w minispódniczce mi stanął. To powstrzymało mnie przed litością.

Moim oczom ukazała się rzecz niesłychana. Choć pewnie Miecio by się obraził, że ja tak przedmiotowo o najważniejszej części jego ciała. No, ale do rzeczy. Zaglądam. A tam kawał czerwonego mięcha w kształcie w niczym nieprzypominającym to, na co patrzyłam. Jakiś taki styrany życiem sflaczały ochłap spoczywający na udzie Miecia. Kolor też jakiś taki sinoczerwony. Niezdrowy. Sięgnęłam jeszcze ręką do szuflady po kukiełkę Miecia. Wbiłam szpilę. Tak na wszelki wypadek, żeby zbyt szybko nie przeszło. Już żadna Zocha ani ruda pinda nie dostanie mojego Miecia. Teraz będzie tylko mój. Styrany życiem i dupami, ale mój.

Źródło: http://kuradomowa.blogujaca.pl/2013/03/22/jak-sprowadzilam-miecia-na-droge-uczciwosci-i-wiernosci-malzenskiej/

www.patricius.blog.pl

Pusta strona w wordzie od godziny czeka na treść. Ale jak opisać coś, co jeszcze nie dawno było całym twoim życiem, a teraz już tego nie ma. Strach przed wspomnieniami. Nigdy nie starałem się o niej zapomnieć. Postanowiłem po prostu się z tym pogodzić i żyć dalej. Jednak nie jestem w stanie pogodzić się z tym, że spieprzyłem coś pięknego.

Każdy związek ma swoją historię. Moja sięga czasów szkolnych. Byłem wychowany w duchu schematów, gdzie zasadą wchodzenia w związek była dojrzałość. Dlatego nigdy nie starałem się „mieć dziewczyny” mimo, że większość moich kolegów mogła się tym pochwalić. Pozornie jest to śmieszne ale tamta sytuacja stworzyła w mojej głowie nieśmiałość i niską samoocenę przez co miałem problemy w relacjach z płcią przeciwną. Nie pamiętam już tak dokładnie tamtej sytuacji ale nawiązałem kontakt z dziewczyną z mojej klasy. Na początku nawet nie wiedziałem z kim piszę. Mało mnie to interesowało bo osoba ta była naprawdę interesująca i prowadziliśmy często wielogodzinne rozmowy. W końcu już wiedziałem kim dokładnie ona była i od tamtej pory nie mogłem już spać. W szkole ukradkowe spojrzenia, w domu pisanie całymi nocami. Miłość intelektualna. Ona chce się spotkać, ja odmawiam, zbyt wielka nieśmiałość. Koniec. Minął rok, ona już z kimś była jednak jej związek się psuł, a ja nadal ją kochałem. Znowu zaczęliśmy rozmawiać i tym razem poszło to w inną stronę. Było jej smutno więc pojechałem tam. Pierwszy pocałunek. Ja wykonałem pierwszy krok, ona zajęła się resztą. Nie mogłem złapać oddechu ale nie chciałem przestawać. Całowaliśmy się całą wieczność, nawet jak już wracałem do domu to miałem problemy z ustabilizowaniem oddechu. Mijał czas. Byliśmy ze sobą bardzo krótko ale znaliśmy się bardzo dobrze. Od dwóch lat ze sobą pisaliśmy. Ja wiedziałem wszystko o niej a ona o mnie. Mijał czas, romans trwał. Pierwszy seks potem pierwsza wspólna noc. Odkrywaliśmy nieznane.

Przez 5 lat naszego związku pamiętam tylko dwie kłótnie. Jedna dotyczyła tego, czy jedziemy nad morze pksem czy samochodem. Druga była spowodowana jeszcze większą głupotą więc nawet jej nie pamiętam. Planowaliśmy wspólną przyszłość, nie wyszło. Jeśli jest jakiś powód, który nie jest moją winą to tylko to, że dojrzeliśmy. Zmieniliśmy się i już nie było tego co nas napędzało. Ostatnie dwa lata byliśmy dla siebie przyjaciółmi, którzy lubili seks. Potem już nawet tego nie było. Cała reszta jest moją winą. Dzieląc się tym staram się przekazać część doświadczenia jakie zdobyłem. Jednak wiem, że żadne porady, przestrogi nie dadzą takiej lekcji jak przekonanie się na własnej skórze czym są konsekwencje popełnianych błędów.

Zaufanie
Byłem osobą bardzo nieśmiałą i nawet kiedy byłem z nią to się nie zmieniło. Co za tym idzie? Nie ufałem nikomu na 100%. Nawet jej. Owszem dzieliliśmy się swoimi problemami, ja bardziej tymi małymi, ona spowiadała mi się ze wszystkiego. Myślę, że w końcu zaczęła odczuwać mój dystans i pewien chłód. Nie mówiłem jej o słabej sytuacji finansowej. Zdarzało mi się pożyczać od niej czasami 10 zł na papierosy pod koniec miesiąca. Mówiła mi wtedy, że nie umiem oszczędzać, że nie wie na co ja wydaje zarobione pieniądze i że pewnie są to głupoty. Żartobliwie nawet komentowała, że utrzymuje na boku jakąś kochanice. Ja wolałem tego słuchać niż po prostu przyznać się, że jest krucho. Myślałem, że jak się dowie to już nie będzie chciała ze mną być bo nie zagwarantuje jej normalnego życia. Jaki ja byłem głupi. Najgorsze co jest to walczyć z problemami w pojedynkę. Potem ona miała problemy ze zdrowiem i zaczęliśmy się oddalać. Ona miała swoje problemy, ja swoje. Doprowadziłem do sytuacji gdzie byliśmy sobie obcy. Problemy trzeba rozwiązywać razem, nie ukrywać ich bo zaczną się piętrzyć. Wtedy zamiast przeznaczać całą energię i skupienie w pielęgnacje związku, przeznaczamy ją na ukrywanie czegoś, stajemy się egoistami.

Nałogi
Jestem osobą bardzo podatną na używki. Bardzo łatwo się uzależniam. Ona zawsze chciała żebym rzucił palenie bo śmierdzę. Nie lubiła także jak piłem bo potrafiłem zalać się do nieprzytomności. Pozornie pokazywałem jej, że staram się poprawić. Brałem tabletki na palenie gdy byłem przy niej ale po kryjomu paliłem papierosy. Sprawiało jej to ból. Ale ja już tego nie widziałem, miałem swój świat. Odizolowałem się. Rujnowałem swoje zdrowie a kochanej osobie rujnowałem życie. Musiała w końcu całować popielniczkę i bała się o moje płuca.

Seks
Oboje kochaliśmy seks. Na początku było sztywno lecz z każdym razem coraz lepiej. Przyszedł czas na fantazje. Najczęściej moje. Kochaliśmy się w różnych miejscach. Łóżko, podłoga, biurko, prysznic, plaża, łąka, las. Chyba tylko w samochodzie nie. Podkręcaliśmy siebie nawzajem. Pamiętam, że nie mogłem się skupić na maturze bo przed samym egzaminem podciągnęła spódniczkę i pokazała gdzie się kończą jej pończochy. Lubiła się przebierać. Kupowała dużo bielizny. Nie wiem po co, bo długo jej na sobie nie miała. Wydaje się super nie? Tylko jeśli to czytasz to pewnie zwróciłeś uwagę na to, że nie napisałem nic o sobie. Prawda. Ja od siebie nic nie dawałem. Jedyne na co mogła liczyć to pocałunki. Nie było takiego miejsca gdzie bym jej nie „polizał”. Lubiłem seks oralny, szczególnie kiedy to ja sprawiałem przyjemność jej, ale sam stosunek już mnie tak nie wciągał. Ona chciała żebym dominował w łóżku ale ja wolałem kiedy to ona rządziła. Byłem zbyt leniwy. Później już kochaliśmy się tylko wtedy gdy byłem pijany albo nie kochaliśmy się w ogóle. I tego nie mogę sobie wybaczyć najbardziej. Pozwoliłem jej czuć się nieatrakcyjną kobietą. Myślę, że to ją zabijało.

Rozstanie
Zadzwoniła do mnie i powiedziała, że chce ze mną poważnie porozmawiać. Przyjechałem natychmiast, pomyślałem że jest w ciąży. I dostałem młotem w głowę. „To nie ma sensu. Chcę to zakończyć.” Nie mogłem powiedzieć słowa. Byłem w szoku. Stało się wtedy coś co nie miało się stać nigdy. Rozstaliśmy się.

Nie jestem dobrym przykładem by komukolwiek doradzać w tej kwestii, jednak mam nadzieję, że ktoś czytając to nie popełni tych samych błędów, bo miłość jest czymś bardzo pięknym. Jest czymś co trzeba pielęgnować a nie zabijać. Ja poniosłem porażkę z własnej winy. Potrzebowałem dużo czasu żeby to zrozumieć i obecnie pracuję nad sobą. Rzuciłem palenie, staram się walczyć z moim ciągiem do alkoholu, otwieram się przed ludźmi, swoją nieśmiałość zmieniłem w całkowitą szczerość. Nie jestem idealny i nigdy nie będę ale nie pozwolę sobie już zniszczyć związku w ten sposób.

Można popełniać błędy ale tylko idiota popełnia je świadomie drugi raz.

Źródło: http://patricius.blog.pl/2013/03/23/czego-nie-robic-w-zwiazku/

www.karia18.blog.onet.pl

Podobno miłość cierpliwa jest i łaskawa.
Podobno wszystko znosi i wszystko przetrzyma.
Podobno nigdy nie ustaje…

Tak wygląda to w teorii. W prawdziwych jednak historiach, takich z życia wziętych, owo wielkie uczucie często nie wytrzymuje próby charakteru, zdrady, chwilowych słabości czy problemów dnia codziennego.

Czy mimo wszystko da się uratować coś, co zmierza nieuchronnie ku upadkowi? Czy można odbudować rozlatujący się związek i stworzyć nowe, silne podwaliny dla starej miłości?
Osobiście uważam, że można, jeśli się naprawdę chce…
…lecz bez takiej „chęci” nic się nie odbuduje na nowo.
I nie będzie drugiej szansy, by to zmienić.

XXX

Moi znajomi – Anka i Tomek – uchodzili za parę idealną. Aż miło było patrzeć na nich, jak wspólnie żartują, przekomarzają się w naszym studenckim gronie i marzą o wielkim domku z ogródkiem. Nie sposób było sobie wyobrazić ich osobno, bowiem jak Anka pasowała do Tomka, tak Tomek pasował do Anki.

Dwie połówki jabłka. Zawsze razem.

Prawie nigdy się nie kłócili i prawie nigdy nie narzekali na siebie.
Nie ukrywam, że zazdrościłam im bardzo. Tego uczucia bez miary, tego zrozumienia, a nawet chwilowych przekomarzań. Moje związki bowiem zwykle trwały góra rok i kończyły się jakoś bez echa. Z niejaką zawiścią zatem patrzyłam na Ankę i Tomka, jak świętują kolejną rocznicę związku i jak nic nie wskazuje na to, by ich miłość miała się skończyć.
Do czasu…

XXX

Przełom maja i czerwca roku 2012. Pamiętam, że był to ciężki czas zarówno dla mnie jak i dla Anki. Po zakończonej edukacji na pierwszym stopniu studiów, wspólnie usiłowałyśmy znaleźć jakąś dorywczą pracę. Szukałyśmy i szukałyśmy, traciłyśmy nerwy na kolejnych, bezowocnych rozmowach kwalifikacyjnych, aż w końcu Anka powiedziała „dość” i postanowiła zrobić sobie małe wakacje. Była bowiem pewna, że praca nie zając – nie ucieknie, a poza tym będzie miała więcej czasu dla Tomka, któremu również – jak dotąd – nie udało się nigdzie zatrudnić. Ich wakacyjna sielanka nie trwała jednak długo, bowiem traf chciał, że niespodziewanie pewna firma zdecydowała się przyjąć Tomka w charakterze stażysty. Praca oczywiście w pełnym wymiarze godzin.

Anka z początku cieszyła się oczywiście szczęściem ukochanego, że dostał taką intratną posadę; po kilku jednak dniach jej radość zmieniła się w złość. Zapracowany Tomek nie miał bowiem już tyle czasu dla ukochanej, zaczął bywać zmęczony i rozdrażniony. Ja niestety także nie mogłam służyć Ance za ostoję i powiernicę, bo sama znalazłam tymczasowe zatrudnienie.

Anka, nie mogąc zatem liczyć na mnie i na chłopaka, zdecydowała się na spontaniczne odnowienie dawne znajomości z grupą przyjaciół z czasów dzieciństwa. Wcześniej nie miała na ich towarzystwo czasu, mimo że mieszkają w sumie „rzut beretem” od siebie. Zawsze jej wymówką był Tomek i to że bez niego przecież nie będzie balowała sama.
Teraz jednak nie miała oporów do samotnych wyjść z dawnymi przyjaciółmi.

Wpadła w wir spotkań towarzyskich.
Imprezy, imprezy.
Dużo alkoholu i rozluźnienia.
Bez Tomka.

Czy było jej głupio że tak bawi się sama? Z tego co pamiętam z jej późniejszych opowieści, to nawet nie. Anka nie należała nigdy do osób martwiących się tym, co będzie jutro. Towarzystwo dawnych znajomych jej całkowicie odpowiadało i pozwalało na chwilowe zapomnienie o problemach z Tomkiem.

Tak… ich idealny związek przechodził kryzys. Każde bowiem spotkanie towarzyskie z Anką i Tomkiem zaczynało się teraz od ich wspólnych kłótni i krzyków. A to, że on nie ma dla niej czasu, a to że woli pracę od niej, a to że ją olewa. On z kolei oskarżał ją , że to wszystko jej wina, że imprezuje bez niego i nie ma czasu na telefoniczną rozmowę z nim przez telefon. W dalszym toku dyskusji zaczynały pojawiać się słowa niecenzuralne, a następnie krępująca cisza, przerywana naszymi znaczącymi chrząknięciami. I spotkanie towarzyskie można było uznać na klapę.

XXX

Co było dalej? Można się domyśleć. Po kilku kolejnych takich awanturach na forum publicznym, Anka zaczęła szukać pocieszenia wśród owych znajomych z dzieciństwa. Szczególnie dobrze jej utuleniem i uspokojeniem zajął się niejaki Arek – towarzysz lat przedszkolnych. Ich dawna przyjaźń szybko odżyła i równie szybko przerodziła się w coś więcej niż platoniczna znajomość. I co dziwne Anka nie broniła się wcale przed tym. Z błyskiem w oku zwierzała mi się, że Arek to cudowny człowiek, że ma przed sobą przyszłość świetlaną, że się stara dla niej, że ją rozumie. Tomek? A fajnie było z nim, ale się wypaliło…
Cóż zdarza się.

Co na to sam Tomek? Widział owszem, że związek z Anką się sypie, ale najwyraźniej pogodził się z utratą ukochanej. Nawet nie próbował ratować ich relacji, jakby te wszystkie wspólne lata były niczym istotnym. Pogrążył się tylko bardziej w pracy i na nasze pytania odnośnie tego, co się dzieje z nim i Anką mówił, że go to już nie obchodzi. Zero reakcji, zero działania, zero żalu.

Dla zainteresowanych dodam, że pięcioletni związek Anki i Tomka zakończył się po krótkiej rozmowie telefonicznej, w której to obie strony doszły do wniosku, że ratowanie ich relacji jest bez sensu.

XXX

Z tego co wiem, Tomek w niedługim czasie po rozstaniu z Anką znalazł sobie dużo młodszą od siebie dziewczynę. Mówi, że lepiej ją sobie wychowa, niż poprzednią…
Anka i Arek są nadal razem. Tworzą istną mieszankę wybuchową – kłócą się codziennie i rozstają kilka razy w miesiącu. Anka zaczyna przebąkiwać coś o rozstaniu na dobre.

Zapytałam się jej ostatnio, czy żałuje odejścia od Tomka. Milczała przez kilka minut, następnie westchnęła i stwierdziła, że czasem żałuje. Ale na ratowanie dawnego związku jej i Tomka jest za późno. Z Tomkiem nie ma bowiem kontaktu od czasu zerwania, nawet na głupie urodzinowe życzenia jej nie odpowiada.

Ano, masz babo placek…

Źródło: http://karia18.blog.onet.pl/2013/03/23/jak-uratowac-zwiazek/

www.myindianlife.blog.pl

W moim 30 letnim juz zyciu istnialy tylko dwa zwiazki z prawdziwego zdarzenia. W obydwu byly wzloty i upadki i o obydwa zwiazki w pewnym momencie ich istnienia trzeba bylo powalczyc. Oczywiscie jeden z nich nie przetrwal drugi zakonczyl sie malzenstwem i trwa nadal a my z dnia na dzien coraz bardziej sie kochamy.

Moj pierwszy zwiazek trwal 5 lat, byla to milosc mloda, szalona, namietna, glosna – w pewnym momencie jednak ja dojrzalam do powaznych decyzji – on nie. Rozstalismy sie, a wlasciwie – to on mnie zostawil, aby po pol roku rzucic wszystko i przyjechac za mna do innego kraju, wrocil z postanowieniem poprawy. A ja, zgodzilam sie na to, gdyz nie udalo mi sie o nim zapomniec podczas tego pol roku. Dzis wiem, ze byla to absolutnie glupia decyzja. Nie potrafilismy tego zwiazku uratowac, dlaczego? Odpowiedz bedzie jednoczesnie puenta mojej historii. Tymczasem zwiazek numer dwa…

Rozpoczelo sie banalnie, impreza firmowa, przegadalismy cala noc – to byl czerwiec 2010. Pozniej ON zaprosil mnie na kawe, zastanawialam sie nad tym dwa tygodnie, podobal mi sie, byl inteligentny, juz po pierwszej rozmowie wywnioskowalam, ze mamy podobne poglady i zbiezne plany na zycie. Problem w tym, ze ON pochodzil z Indii i nie ukrywal, ze tam wlasnie chce wrocic, a ja nie wyobrazalam sobie wtedy innego miejca do zycia niz UK.

Zaryzykowalismy jednak spotkanie, przeciez jedna randka to jeszcze nie deklaracja, poza tym myslalam, ze ten jego plan wyjazdu do Indii jest jeszcze bardzo daleki i kiedy poznamy sie lepiej moze calkiem zmieni zdanie co do wyprowadzki, lub poprostu spedzimy se soba milo czas bez zobowiazan…

Jakze sie wtedy mylilam… Spotykalismy sie dosc regularnie w przeciagu kilku nastepnych miesiecy, ale para zostalismy dopiero we wrzesniu. Czas, ktory spedzilismy wtedy razem byl niesamowity, i nie tylko dlatego, ze zazwyczaj nowa milosc uskrzydla i poza partnerem nie widzi sie niczego innego. Wrecz przeciwnie, on pokazal mi co to znaczy szacunek do kobiety, motywowal mnie do zdobywania nowych umiejetnosci, jako bardziej doswiadczony pracownik, w tej samej firmie uczyl mnie i dawal wskazowki jak sie zachowywac, czego unikac, z jego mentalna pomoca szybciej dostalam sie na szkolenie, o ktorym tylko marzylam, a ciagle brakowalo mi odwagi, aby wywalczyc je u mojego przelozonego. On pomogl mi zbudowac pewnosc siebie, nie tylko jako pracownika, ale przede wszystkim jako kobieta – i nie mowie tu o komplementach typu – „jestes piekna i masz super figure” – bo akurat do tego bylo mi troche daleko :-) . Dzieki jego akceptacji stalam sie silniejsza psychicznie i bardziej zmotywowana. Przez dwa miesiace trwania tego zwiazku nauczylam sie tak wiele o sobie i o nas, przewartowciowalam swoje zycie, zaczelam myslec zupelnie innymi kategoriami niz dotychczas. Przestalam byc malo wymagajaca i spelniajaca wszystkie zachcianki chlopaka, poswiecajaca sie tylko i wylacznie dla jego dobrego samopoczucia, przestalam udawac kogos kim nie jestem, tylko dlatego, aby on bardziej mnie lubil. Wchodzac w zwiazek z przyszlym mezem wiedzialam juz, ze on lubi mnie taka jaka jestem, ze interesuja go moje poglady, nie oczekuje odemnie tego, abym pokochala jego hobby i nie ocenia jesli akurat nie mam ochoty robic tego co on w tym samym momencie. Bylo nam razem dobrze poniewaz nie robilismy razem nic na sile, bylo wiele rzeczy, ktore lubilismy razem, ale rowniez dawalismy sobie chwile wytchnienia od siebie, zajmujac sie wlasnymi sprawami.

I bylo cudownie do czasu, az powiedzial mi, ze wlasnie jest w trakcie zalatwiania przeniesienia do Indii… Stalo sie to w listopadzie, zaledwie trzy miesiace odkad zostalismy para. To byl czas, kiedy spedzalismy bardzo mile chwile razem, oraz uczylismy sie siebie dlatego nie padaly zadne powazne deklaracje, nie bylo tez mowy o przyszlosci.

Ja wylam w srodku, bo juz wiedzialam, ze kocham, ze chce byc tylko z nim bo wreszcie to nie ja bylam ta, ktora musiala sie o wszystko starac, wreszcie ktos staral sie o mnie i czulam, ze to zwiazek madry, uczciwy i przede wszystkim partnerski… Nie moglam sie pogodzic, ze to koniec, nie moglam sie pogodzic ze swiadomoscia, ze go strace choc dopiero co uswiadomilam sobie, ze TO JEST TO!

Po raz pierwszy musialam walczyc – ale czy byl sens? Wiedzialam przeciez, ze on najbardziej chce wrocic do Indii, ze teskni za swoja rodzina za przyjaciolmi, wiec nie moglam graz nieczysto, nie moglam obaczac go wina za rozkochanie mnie w sobie i porzucenie. Jedyne, co bylam w stanie z siebie wykrzesac to pytanie, czy nie daloby sie tego wyjazdu cofnac. Niestety druga tak dobra oferta moglaby sie dlugo nie powtorzyc, wiec decyzja byla wlasciwie podjeta. Oboje cieszylismy sie jego szczesciem, ale z dnia na dzien coraz bardziej dochodzilo do nas widmo rozpadu tego zwiazku i to juz nie bylo takie wesole. Postanowilismy spedzic ten czas jak najlepiej, nie rozmawiac o zblizajacym sie rozstaniu, starac sie aby wyniesc z tej znajomosci jak najlepsze wspomnienia, i udawalo nam sie to przez ostatnie tygodnie. W nielicznych momentach, ktorych nie spedzalismy razem, wracalam do swojego zimnego mieszkania i plakalam w poduszke, rozmyslalam nad roznymi scenariuszami, staralam sie jakos przygotowac psychicznie do nieuniknionego – bylo ciezko, tym bardziej, ze ON byl juz 32 letnim wowczas kawalerem, pochodzacym z tradycyjnej hinduskiej rodziny i niestety wiedzialam, ze jego rodzice rozgladaja sie za odpowiednia dziewczyna na zone dla niego… Bylam przekonana, ze jak tylko wyjedzie do Indii w przeciagu kilku miesiecy moze sie ozenic, a to powodowalo jeszcze wiekszy bol.

Nie moglam, nie chcialam na to pozwolic, powoli dojrzewalam do jednej z najwazniejszych i zarazem najtrudniejszych rozmow w moim zyciu. Zaledwie tydzien przed jego wyjazdem, niesmialo zaczelam:

- a co gdybysmy sie jednak nie rozstali? Czy i w jakich okolicznosciach widzialbys nasza przyszlosc?

on – rozumiem, ze mnie lubisz, i mnie tez trudno myslec o rozstaniu, ale ja nie wyobrazam sobie zycia tutaj. Gdyby byla choc szansa na to, ze mamy byc razem to musialabys wybrac zycie w Indiach, moi rodzice musieliby zaakceptowac nasz zwiazek i nalegaliby na szybki slub, poniewaz wlasciwie niezrozumiale byloby dla nich zycie bez slubu i nigdy by tego nie zaakceptowali.

ja – moze moglibysmy sie nad tym zastanowic bo ja juz nie tylko Cie lubie…

Tego dnia oboje przyznalismy, ze laczy nas cos wiecej, ale zwlekalismy oboje z wypowiedzeniem slow Kocham Cie, aby sie jeszcze bardziej nie ranic. Oboje sobie troche poplakalismy, ale przynajmniej podjelismy decyzje o niekonczeniu tego zwiazku. Mielismy wszystko jeszcze raz przemyslec, a On zobowiazal sie porozmawiac o mnie ze swoimi rodzicami, kiedy tylko przyleci do Indii.

W przeciagu miesiaca od jego wyjazdu dostalam te najwazniejsza wiadomosc, rodzice i rodzina zaakceptowali nasz zwiazek. Bylismy bardzo szczesliwi. Od tego momentu wszystko potoczylo sie w zabojczym tempie, Moje wakacje w Indiach zaplanowialismy juz na maj 2011 i w tym samym czasie mielismy rozniez wziac slub cywilny. Teraz tylko nalezalo skompletowac wszystkie dokumenty, zabukowac bilety i porozmawiac z moimi rodzicami. Wszystko w koncu ulozylo sie po mojej mysli i ani sie obejrzalam jak wysiadalam na lotnisku w Goa aby przywitac ukochanego mezczyzne.

Po slubie cywilnym okzalao sie, ze jednak tesc nie akceptuje mnie w 100 procentach, przeprowadzil ze mna jedna powazna rozmowe, a pozniej odseparowal sie, nie jadal z nami posilkow, nie rozmawial ze mna, nie towarzyszyl w wycieczkach, ktore maz zorganizowal, abym mogla lepiej poznac jego rodzine.

Nie do konca szczesliwa (z powodu tescia) wrocilam do UK do pracy, teraz mielismy tylko przygotowac moj wyjazd na stale do Indii, pozamykac wszystkie sprawy, pojechac na wakacje do Polski, aby maz mogl poznac moja rodzine. I wtedy zaczelam myslec – a co jesli tesc juz zawsze taki dla mnie bedzie? Co jesli zawsze bede czula sie wyobcowana? Co jesli ludzie na ulicy juz zawsze beda mi sie przygladac jak malpie w zoo, niejednokrotnie z otwartymi ustami. Tyle pytan, metlik w glowie i nagle mysl! A co jesli przekonam go do ponownego przyjazdu do UK.

Tym razem moje zachowanie, moj upor, zmeczenie sytuacja spowodowaly, ze po raz drugi musielismy walczyc o ten zwiazek. Zbudowalam wokol siebie mur, nie dochodzily do mnie zadne racjonalne argumenty, balam sie Indii i zycia tam, dlatego wszystkimi mozliwymi sposobami probowalam przekonac meza do powrotu. Pozniej zaczelam myslec, ze pospieszylismy sie z tym calm slubem, ze moze to nie byl az tak dobry pomysl…

Wiem, ze to, co napisalam wczesniej bardzo kluci sie z tym co stalo sie ze mna po slubie, ale spanikowalam. Nagle zdalam sobie sprawe, ze poswiece wszystko, prace, rodzine, przyjaciol, wygodne zycie w UK dla czlowieka, ktorego znam kilka miesiecy, nigdy ze soba nie mieszkalismy a mimo to zdecydowalismy sie na slub!!! Czare goryczy przepelnil fakt, iz dzieki biurokracji i niekompetencji urzednikow moj maz nie dostal wizy turystycznej do Polski, kiedy wszystko inne bylo juz prawie zapiete na ostatni guzik. Nie moglismy sie zobaczyc, wyjasnic wszystkiego pobyc ze soba i podjac racjonalnych decyzji. Bylam zalamana wszystkim, znow plakalam, znow bylam rozbita, moje zycie niejako stanelo w miescu, a ja nie wiedzialam w ktora strone isc…

Znalazlam pocieszenie u przyjaciela, innego mezczyzny, mimo, iz ja traktowalam go tylko jak kolege, on mial wobec mnie inne plany. Kilka razy przeszlo mi to przez mysl. maz nie okazywal zazdrosci, ale kazal na niego uwazac, wyczuwal, ze nie jest to relacja szczera ze strony przyjeciela. I jak zwykle mial racje. Kolega, najpierw delikatnie, pozniej juz usilnie kwestionowal powodzenie mojego zwiazku, udalo mu sie mna przez jakis czas manipulowac, pod oslona pomocy odnalezienia sie w trudnej sytuacji. Odciagal mnie od meza, zapewnial rozrywki typu kino, kregle – bylebym tylko jak najrzadziej znalazla czas na rozmowy z mezem. Z perspektywy czasu zrozumialam, ze probowal mnie w sobie rozkochac, o czym juz pod koniec moj maz mowil otwarcie i w nerwach.

To byl listopad, miedzy mna a mezem dochodzilo do coraz wiekszych sprzeczek, najczesciej rozmowe konczylismy w gniewie. Mial przyjechac do UK na dwa tygodnie swoich wakacji, zdecydowal, ze da sobie ten czas na poszukiwanie pracy w UK, uruchomil wszystkie kontakty – tak bardzo chcial byc ze mna, ze zdecydowal o powrocie.

Okolo dwa tygodnie przed przyjazdem meza poszlam z kolezanka na drinka, okazalo sie, ze moj przyjaciel dolaczyl do nas z kolega (wszyscy sie znalismy, chlopcy byli gdzies niedaleko,  kolezanka zdecydowala sie wyslac im wiadomosc). To byl przelomowy wieczor. Dosc szybko chcialam sie ewakuowac, gdyz nastepnego dnia rano musialam byc w pracy, reszta towarzystwa nie miala najmniejszej ochoty isc do domu. Moj przyjaciel jednak znalazl wymowke – mieszkalismy jakies trzy minutki od siebie – aby odprowadzic mnie do domu. W drodze powrotnej zaczal wypytwac kiedy przyjezdza maz i czy na prawde tego chce, jak sie z tym czuje, tym razem jednak atmosfera byla ciezka, nie czulam sie w jego towarzystwie komfortowo, tak jakby chcial mi cos powiedziec, ale nie mogl tego z siebie wydusic. Gdy dotarlismy pod moje drzwi, usiedlismy na chwile na schodach i wtedy jego jezyk sie rozwiazal. Szczerze? Nie pamietam dokladnych slow, poniewaz z kazda kolejna minuta jego monologu myslalam o mezu, o tym, ze mial racje, o tym, ze nie pokazywal swojej zazdrosci a musiala go ona zjadac od srodka. Myslalam intensywnie o tym co on tam w Indiach przezywal. W momencie przerwalam ten monolog, powiedzialam twardo, ze to koniec naszej znajomosci.

Kiedy przyszlam do domu, czulam tak ogromne poczucie winy, jak moj maz musial sie czuc z tym, ze przez ostatnie pare tygodni tak bardzo go ignorowalam, a on kochany, czasem po 13 godzinach pracy czekal na mnie na skypie do pozna, aby tylko uslyszec moj glos, a ja z ciaglymi fochami i problemami. Poczucie winy nie dalo mi spac ani myslec tamtej nocy. Nawet teraz piszac te slowa – placze z zalu…

Zastanawialam sie codziennie, do jego przyjazdu, czy on mi to kiedys wybaczy, czy jest szansa, ze bedziemy szczesliwi. Pisalam mu tysiace wiadomosci, w ktorych przepraszalam za swoje zachowanie, ale szczerze siebie nielubilam za kazda krzywde, ktora mu wyrzadzilam.

Nadszedl wyczekany dzien jego przylotu, samolot sie spoznial juz 45 minu pozniej godzine, czekalam w pierwszym rzedzie, nigdzie sie nie ruszajac, oby tylko jako pierwsza wypatrzyc go z tlumu, wreszcie jest!!! Jego twarz, oczy, usmiech – wpadlam w szloch, tyle chcialam mu powiedziec, za tyle rzeczy przeprosic, ale nie bylam w stanie… Stalismy tam i przytulalismy sie do siebie tak strasznie dlugo. Jak ja bardzo kochalam tego czlowieka… W tamtych sekundach zapomnialam o wszystkim, chcialam tylko trwac w jego objeciach i nigdy nie musiec myslec o tym bezsensownym pol roku, kiedy nie moglismy byc razem.

Niestety nie uniknelismy powaznych rozmow o tym co sie stalo. Byl placz, bol i zal, ale najwazniejsze, ze bylismy razem. Maz przyznal sie, ze przyjechal z mieszanymi uczuciami. Nie wiedzial czy jest on kims kogo ja jeszcze chce, byl tak niepewny, ze myslal o tym, aby dla obopolnego dobra sie rozstac. Stalo sie jednak inaczej, poniewaz ja otrzasnelam sie w odpowiednim momencie, a on walczyl ile mogl.

Podczas tego wyjazdu rozmawialismy z kilkorgiem ludzi, ktorzy mogliby ruszyc cos w sprawie pracy dla meza w UK, ale widzialam, ze on udaje, ze tego chce poniewaz ja bylam wtedy dla niego priorytetem.

Z pelna swiadomoscia, ze decyzja ktora teraz podejmuje jest sluszna powiedzialam mezowi, aby dal mi chwile czasu na zalatwienie wszystkich potrzebnych spraw w UK, wypowiedzenie w pracy, wyjazd do Polski na Swieta Bozego Narodzenia i czas dla niego na zorganizowanie w Indiach naszej religijnej, tradycyjnej ceremonii slubnej.

Nie bylo juz wiecej niedomowien, klotni – jak sobie zaplanowalismy, tak zrobilismy. Maz wyjechal do Indii z pocztkiem grudnia, ja w tym czasie powoli pozamylakam wszystkie sprawy w UK, pojechalam do domu na swieta, w polowie stycznia zlozylam wypowiedzenie, pozniej jeszcze na chwile przed wylotem do Indii wpadlam spedzic troche czasu z rodzicami w Polsce i pieknego zimowego dnia, 23 lutego wsiadlam w samolot do Indii z biletem juz tylko w jedna strone…

Od tego czasu minal rok. Nie pamietam jednej naszej powaznej klutni, czy sprzeczki, zycie z moim mezem jest spokojne, poukladane, ale rowniez ciekawe. W przeciagu tego roku wynagrodzilismy sobie wszystkie przykrosci, ogromnie duzo czasu spedzilismy na podrozach, a najwazniejsza z nich to wakacje w Polsce, gdzie maz poznal moich rodzicow i wiekszosc rodziny, pokazalam mu tyle wspanialych rzeczy, przywiezlismy cudowne wspomnienia i tysiace zdjec.

W mniejszym lub wiekszym stopniu musielismy nasz zwiazek ratowac kilkakrotnie w tak krotkim czasie, byl placz i nerwy, ale w sytuacjach kryzysowych zawsze ktores z nas stawalo na wysokosci zadania i parlo do przodu, ciagnac za soba drugie.

Tajemnica przetrwania kazdego kryzysu jest prosta. Jesli w zwiazku jest milosc, szacunek, radosc, chec bycia razem to wtedy, kiedy jedno ma watpliwosci czy gorszy czas, drugie musi walczyc jak lew. I tak bylo w naszym przypadku, czasem milosc jest niewystarczajaca, moga ja przyslonic nasze obawy, osobiste porazki i male kryzysy i dlatego musi byc obok nas ten ukochany czlowiek, ktory jest na tyle silny gdy my akurat jestesmy slabi, aby pociagnac oboje do gory.

Nasze zycie jest spokojne, pelne milosci i kazdego dnia ja sobie okazujemy, pomagamy sobie, pocieszamy sie gdy jedno ma gorszy humor, wspieramy sie kazdej sytuacji. Odnalezlismy swoje miejsca w zyciu, wiec nie rywalizujemy ze soba, maz rozwija sie zawodowo w czym goroco go wspieram i dopinguje, oczekujemy dziecka, wiec ja przygotowuje sie do najwazniejszej roli w zyciu – bycia matka. Maz, ktory niejednokrotnie przychodzi z pracy o niewiarygodnych porach, jeszcze chce posluchac o tym co robilam, jak minal mi dzien. Razem jezdzimy po sklepach kompetujac wyprawke dla maluszka, on bierze czynny udzial w doradzaniu, ale pozwala mi podjac ostateczne decyzje.

Chcemy stworzyc dla naszego dziecka szczesliwa i madra rodzine, mysle, ze to co juz przezylismy bedzie procentowac w przyszlosci. O te wszystkie negatywne doswiadczenia jestesmy bogatsi i wydaje mi sie, ze zdobylismy przygotowanie do radzenia sobie w sposob madry i przemyslany z kazdym kolejnym problemem.

Źródło: http://myindianlife.blog.pl/2013/03/22/jak-uratowac-zwiazek/

www.satsc.blog.pl

Niezbadane są wyroki boskie, chciałaby rzec, gdyby tylko z Bogiem miała coś wspólnego. Jednak znała go tylko z nazwy. Mimo to, ludzkie ścieżki, są nie mniej pokrętne i bez niego. A jej życie, było przykładem tego, że maksymalne komplikacje trwają do czasu, aż się jeszcze bardziej nie skomplikują. Nadeszła kompilacja komplikacji. Tego żaden scenariusz nie przewidział. Ona nie przewidziała takiego scenariusza, takiego obrotu spraw. Totalny zakręt, powrót do czegoś, co wydawało się już tak odległe, że jedynym śladem po tym, były resztki goryczy. No i oto przykład jej pieprzonego daru. Daru do kłopotów, zawirowań, zakrętów i zwrotów akcji. Nie to ją jednak teraz martwiło. Zbroja, zdjęta podczas miłosnych uniesień, gdzieś się zapodziała. Nie mogła jej znaleźć, ani pod łóżkiem, ani za nocną szafką. Jej bezpieczny pancerz, chroniący przed światem, przepadł. Przerażenie graniczyło z histerią. Przez to wszystko co się wydarzyło, jej wnętrze zaczęło żyć własnym życiem. Serce tłoczyło krew jak oszalałe, żołądek zaczął krzyczeć…
„Cholera! tylko nie to”. Wszystko tylko nie to. Zdziwienie, szok i strach. Niemożliwe stało się możliwym. Jak do tego doszło, nie była w stanie zrozumieć. Ale stało się. Wszystko wróciło. Wbrew wszystkiemu i wszystkim, wbrew logice i zdrowemu rozsądkowi (którego swoją drogą, zawsze jej brakowało).

Przez te wszystkie miesiące budziła się obok mężczyzn, którzy z jakichś powodów, pragnęli obdarzyć ją uczuciem, chociaż ich o to nie prosiła. Stawiała jasne warunki „kooperacji”. Tworzyła również micro-związki, które łączyły się ze spędzaniem nie tylko wspólnych nocy ale także dni. Żaden jednak, nie dawał jej spełnienia, ani minimalnych drgnięć serca. Trwało to tak długo, że zapomniała już jak to jest drżeć, albo na tyle długo aby przyzwyczaić się do mechaniczności. Było jej tak wygodnie i bezpiecznie.

Pech chciał, że kolejny raz zadzwoniła do niego w pijaną piątkową noc. Kolejny raz ubzdurała sobie, że akurat z nim musi spędzić tę noc. Bo tak i już. Zjawił się.

Jeszcze pół roku temu twierdziła, że już Go nie kocha. Teraz mocniej Go kochać nie mogła. Jeżeli był w tym sens, czekała aż się znajdzie.

Czy możliwym był fakt, że wszystko co się wydarzyło, wszystko co przeżyła, koniec końców, doprowadzić ją miało z powrotem do niego? Czy jest możliwa miłość po utraconej miłości? Ile zasad można złamać w jej imię. Czy byli w stanie odzyskać stracony do siebie szacunek i zaufanie? A co, z nie wchodzeniem dwa razy do tej samej rzeki?

Albo coś jej się ubzdurało albo w ten miniony, dziwny weekend, tak po prostu, zwyczajnie, wrócił stary, dobry Before.

Tak bardzo nie chciała cierpieć.

Wznosząc toast na 2 minuty przed północą życzyli sobie co najmniej 30 kolejnych Sylwestrów razem. Ona w duchu stwierdziła, że wszystkie przepowiednie, przysłowia i zabobony nimi zostaną. Bo w ich przypadku warto było wejść kolejny raz do tej samej rzeki. Rzeka ta, zmieniła bieg aby znaleźć cel. Była szczęśliwa, pełna nadziei i wiedziała, że zawsze kochała właściwą osobę, już nie wyobrażała sobie bez Niego życia. Co prawda, przez chwilę życie dostarczyło jej wiele ciekawych przygód do opisywania, jednak pozostaną one tylko przygodami. Zdecydowanie wolała powrót do stabilizacji, którą na chwile straciła, by na nowo, podwójnie ją docenić. Kochała. Kochała pewnie, dojrzale i spokojnie.

Straciła wiele scenariuszy tytułem odzyskanego szczęścia, spokoju i najlepszego przyjaciela.

Źródła:

http://satsc.blog.pl/2012/11/19/do-you-believe-in-love-after-love/

http://satsc.blog.pl/2013/01/03/gdy-wybija-polnoc-koncza-sie-tematy/

www.zakochana-kobieta.blog.onet.pl

Ewa była już mocno znudzona i rozdrażniona tym wszystkim, co działo się dokoła niej. Praca, dom, krótkie „co u was” do dzieci, zdawkowe rozmowy o niczym z równie znudzonym Teodorem. Ostatecznie, po niemal dwudziestu latach małżeństwa mieli prawo znać się na tyle, że wiedzieli, co które w danym momencie powie czy zrobi.
Powiedziała mi kiedyś, że jeśli tak ma wyglądać reszta jej życia, to ona dziękuje i wysiada.
Teodor był od kilku lat na rencie i jedyną rzeczą jaka go interesowała był sport. Ale ten w telewizji. Ileż razy prosiła go, by wybrali się razem na przejażdżkę rowerową, do restauracji na obiad albo kolację, poszli lub zaprosili do siebie znajomych, których przez długotrwały brak kontaktu po prostu tracili.
Teodor wciąż beznamiętnie odmawiał a Ewa coraz częściej łapała się na tym, że chce zmian. Nie wykluczała nawet zmiany partnera, na takiego, którego będzie stać jeszcze na odrobinę szaleństwa, na trochę nieobliczalności, na spontaniczność.
- Kapcanieję i zdycham z nudów przy nim – powiedziała rozżalona.

Toteż ucieszyła się na wiadomość o zorganizowanym spotkaniu klasowym. Boże, minęło trzydzieści lat, czy wszystkich rozpoznam? Tak, na pewno, zapewniała samą siebie.
Nie da się ukryć, najbardziej oczekiwała spotkania z Fabianem, szkolną miłością, nieodżałowaną, piękną i pierwszą.
Byli wtedy tacy młodzi!
Ewa starała się przypomnieć sobie szczegóły z kilkuletniego „chodzenia”, bo tak się wtedy mówiło. No fajnie było.
I był obóz sportowy, na którym potrafili się wymknąć opiekunom by spędzić ze sobą ten pierwszy raz.

Potem wskutek przemian w kraju, rodzice Fabiana zdecydowali się na emigrację, on sam niewiele miał do powiedzenia. Tęsknili, korespondowali ze sobą ale coraz rzadziej, coraz ciszej, coraz chłodniej.

Potem napisał, że kogoś poznał, Ewa też na prywatce u koleżanki poznała Teodora.

Teodor był przeciwieństwem Fabiana. Spokojny, opanowany, silny duchem i obowiązkowy, toteż Ewa nie wahała się zbyt długo z poślubieniem go.
Był dobrym mężem, dobrym ojcem dla trójki ich synów.
Ewa nigdy nie narzekała, Teodor dwoił się i troił by jej nieba uchylić. Zawsze pamiętał, by obdarować ją z jakieś okazji albo i bez. Czuła się przy nim spokojną o przyszłość.

Niestety, wylew i wiele miesięcy żmudnej rehabilitacji spowodowały, że zaczął więcej myśleć o sobie i to już Ewie nie pasowało.
Wyszedł z tego, sprawność całkowicie wróciła, ale Teodor pamiętał!
Miał żal do żony, że tak go nie rozumie, że myśli tylko o sobie.

Spotkanie klasowe nie obyło się bez łez wzruszenia. Jasne, że się nie poznawali. Przedstawiali się po kolei, opowiadali o sobie, swoich rodzinach, losach.
Fabian był wdowcem, miał dom na Lazurowym Wybrzeżu i mieszkanie w ich mieście. Miał też dwoje dzieci ale jakiej płci już nie zapamiętała.
Ważne dla niej było to, że nadal ją adorował. Mimo iż nie była już tą samą brunetką a farbowaną, mimo iż do dawnej wiotkości sporo jej brakowało…

Po spotkaniu klasowym – wylądowali u niego w mieszkaniu.
Byli sobą zauroczeni od nowa. Ewa widziała w marzeniach ten dom w Cannes, basen i siebie – opalającą się na białym leżaku.

Na pytanie Teodora – jak było na spotkaniu – odpowiedziała, że szkoda było czasu, że teraz będą się od czasu do czasu spotykać w mniejszych grupkach.

No i spotykali się, ale w dwuosobowej grupce. Ona i Fabian. Bardzo namiętnej zresztą.
Fabian usilnie namawiał ją do rzucenia w diabły dotychczasowego, nędznego jak to określał życia i wyjazdu do Francji. Ewa była prawie na to gotowa, jeszcze tylko trzeba było powiedzieć o tym dzieciom i Teodorowi.

Jednak mąż ją uprzedził…
- Musisz się wreszcie zdecydować, ja muszę wiedzieć na czym stoję – powiedział nie odrywając oczu od gazety.
Zaskoczenie zbiło Ewę z tropu, nie tak miała się ta rozmowa potoczyć, myślała, że będą krzyki, awantura i że wyjdzie trzaskając drzwiami. A tu cicho, jedno krótkie zdanie. Cholerny stoik.

Nic nie odpowiedziała.
Nie wiedziała co.

Dopiero teraz naprawdę dotarło do niej, że na szalkach znaleźli się dwaj ważni dla niej mężczyźni, z jednej strony majętny, namiętny, przystojny, rozrywany przez kobiety i podobający się Fabian a z drugiej strony nudny ale dobry, kochający i wierny mąż. I dzieci.

- Porozmawiasz ze mną? – zapytała tylko cicho.

Wieczorem, zamiast siąść do komputera na skypa, zrobiła dwie miętowe herbaty i poprosiła męża by wyłączył telewizor. Darowała sobie nawet określenie „cholerne pudło”.

- Bo ty tylko telewizor i telewizor! – zaczęła – ja się już nie liczę, olewasz mnie totalnie, czuję jak mi życie przez palce przecieka, czuję się taka stara…
Rozpłakała się.

- Masz trochę racji, ale widzisz, tak się boję kolejnego wylewu, boję się zostać rośliną, którą będziesz zmuszona podlewać i nienawidzić.

Rozmawiali. Wreszcie rozmawiali. Po raz pierwszy od wielu lat.
Ta rozmowa nie skończyła się nawet podczas szalonego seksu, jakiego oboje nawet nie pamiętali! Ewa nawet złapała się na tym, że wystraszyła się o zdrowie Teodora.

Powiedziała mu o Fabianie.
Teodor zacisnął usta, pięści i spuścił głowę. Ewie było wstyd. Przepraszała, płakała, mówiła, że czuła się taka samotna i brzydka…

Następne dni były ciche ale obiecujące. Ewa biegła z pracy do domu, gdzie Teodor starał się przygotować posiłek, nie dewastując przy tym kuchni. Potem wybierali się na niezbyt forsowny spacer, by w miarę możliwości poprawiać kondycję Teodora.
Czasem zachodzili do parkowej budki na gofra i małe piwo w ohydnym plastikowym kubku.
Odnowili stare przyjaźnie i znajomości.

Poszli nawet na tańce.

Pewnego wieczoru zostali zaproszeni na grillowanie karkówki do znajomych.
Siedzieli naprzeciwko siebie przy długiej ławie, szorstkiej, zbitej z surowych desek i właściwie wystarczało im uśmiechać się do siebie, kiedy zadzwonił telefon Ewy.

Teodor usłyszał:
- Z największą przyjemnością, Fabian. Jednak pod jednym warunkiem, że zaprosisz również mojego męża.

I puściła Teodorowi słodkie oczko.

Źródło: http://zakochana-kobieta.blog.onet.pl/2013/03/22/jak-uratowac-zwiazek/

  • Konkurs

    Jak uratować związek? Opowiedz nam swoją historię!

    Prześlij notkę ze swojego bloga, zdobądź rozgłos i wygraj!

  • Jurorzy

    Marzena Rogalska

    Dziennikarka telewizyjna i radiowa
    Katarzyna Miller

    Psychoterapeutka, publicystka, filozofka, poetka
    Marcin Mroczko

    Szef serwisów turystycznych i społeczności w Onecie
  • Organizator