www.niedlaidiotow.blog.pl

Już dłużej nie wytrzymam. Jeśli świat ma się zakończyć – niech to będzie teraz. Litości, siostro, proszę o morfinę!!! Dlaczego nikt nie przychodzi do sali? Przecież naciskam ten cholerny przycisk z całą siłą… Wiem, czwarta rano, wiem! Ale ból tam, w środku jest nie do opanowania. Poprzednia szpryca morfiny, ta o północy dała radę uspokoić moje ciało tak na godzinę. Godzinę kolorowych wizji, ostrego widzenia, spokoju.  Znów jęczę, potem – tak mi się wydaje – nawet krzyczę. Obok mnie inni pacjenci. Nie śpią. Też chcą morfiny, na litość Boską, morfiny – dla mnie.

Z przerażeniem widzę mój pozszywany brzuch. Ale jeszcze większe przerażenie wzbudza przyklejony do niego sporej wielkości cielistego koloru worek. Właśnie się dowiedziałem, co to jest. I co dla mnie oznacza. Żegnaj sedesie. Teraz ten spory plastikowy pojemnik, przytwierdzony do żywego ciała klejem będzie dla mnie ubikacją. Na długie miesiące. A może i do końca życia. Morfina już niepotrzebna. Najgorsze minęło. Siedząca obok mojego łóżka żona nie kryje zażenowania. Bo i co mi może powiedzieć? Będzie dobrze? Żyjesz chłopie? Kurwa, wolałbym się nie obudzić tam, na stole. Widzi to w moich oczach.

Przechodzę szkolenie z obsługi worka stomijnego. Oboje z żoną przechodzimy. Piguła jest znudzona, dla niej to nieomalże codzienność. Tak, jak dla wspinacza codziennością jest kolejny zdobyty szczyt. Dla mnie, dla nas to zwykły strach. Co będzie, jak woreczek pęknie? Jak się odklei? Przecież normalnie człowiek się kontroluje, a tutaj nie da rady. Idziesz do pracy, siedzisz obok kolegów i nagle…. Głośnie prrrrr! Patrzę na Kasię i widzę ten sam wyraz oczu, z przedwczoraj. Pociesza mnie – będę ci pomagać Jerzy. Przejdziemy przez to. Dziękuję jej lekkim ściśnięciem dłoni.

Potworny smród. Środek nocy, ciemno. Zapalam światło w naszej sypialni i wiem już, co będzie. Worek odpadł, gdy przewróciłem się we śnie na bok. Nie na TEN bok. Na szczęście pod prześcieradłem membrana z folii, ale co z tego, jak kołdra i moja, i żony cała umazana. Kasia udaje dzielną, ale słyszę, jak mówi sobie pod nosem – to już szósty raz… Szpila w sercu. Boli. Co z tego, że to nie moja wina? Może i tak, ale też i nie jej wina… Wymieniamy pościel, wymieniamy plastik pod prześcieradłem. Wietrzymy sypialnię. Nasze spojrzenia krzyżują się. Próbuję być dzielny, kiedy biorę rozłożoną już moją kołdrę i poduszkę, zwijam, i wychodzę do pokoiku gościnnego. Nie słyszę za sobą – „zostań”. I nie jestem tym zaskoczony.

Seks? Nie ma jak. Nie! W oczach żony obrzydzenie, możliwa jest właściwie tylko jedna pozycja. Ta przez nią znienawidzona. Wracam do swojego pokoiku, rozumiem, jak czują się odrzucone przez mężów kobiety. Włączam komputer. Czat na Onecie. Dla czterdziestolatków. To moja grupa wiekowa. Pasek leci szybko, ale i ja do wolnych nie należę. Tu worek nie przeszkadza. Staję się „sernikiem” – Sir_Nickiem. Z początku przez moją niewyparzoną gębę nie zyskuję przyjaciół, ale im dłużej siedzę i czatuję, tym bardziej rozumiem niepisane zasady pokoju. Daję na luz, przestaję wszystkich wokół wkurzać. Pojawiają się pierwsze privy, wskakuję w tak zwane krzaki. Świt za oknem wywołuje zdziwienie. To już tak późno? A raczej – wcześnie?

Kończy się miesiąc zwolnienia lekarskiego, potem drugi. Czas wracać do pracy. Z workiem. Masakra. Lekarz dopuszcza mnie pod warunkiem wykonywania zwodu wyłącznie w pozycji siedzącej, bez wysiłku. Mojemu szefowi się nie podoba taka decyzja. Nie dość, że nie było mnie ponad 60 dni, to teraz ma wrzód na tyłku. Zmienia mi stanowisko, a po tygodniu pracy dostaję wypowiedzenie. Trzymiesięczne, z odprawą i zwolnieniem z obowiązku świadczenia pracy. Kiedy je odbieram w kadrach, głośnie TRRRRRR z worka sygnalizuje, że mój organizm się wypróżnia. A po chwili już wiem, że klej nie wytrzymał. Zabieram papiery i trzymając przeciekające ubranie wychodzę, obserwując z satysfakcją zatykające nosy urzędniczki.

W nocy, jak dr Jekkyl i Mr. Hyde zmieniam się w „sernika”. Nie ma woreczka, nie ma wypowiedzenia. Jest adrenalina wirtualnych kontaktów, szybko lecący pasek, atrakcyjne nicki. Febe z Opola spędza ze mną na privie codziennie nawet po godzinie. Wiemy jedno o drugim coraz więcej. W końcu przychodzi czas, kiedy słyszę ją po raz pierwszy przez telefon. Oczarowanie. Lepszy świat? Na pewno. Tyle że to świat oparty na kłamstwie. Czar pryska, gdy Febe wysyła mi swoje zdjęcie. Nie cierpię grubasów, a ona waży ze 120 kilo. Piszę jej o stomii. Wystarcza. Nadchodzi czas Ani, potem Motylka, wreszcie pojawia się Alicja. Coś mnie w niej ujmuje. Gadamy do piątej rano.

- Kasiu, o której wrócisz? – pytam żonę widząc, jak szykuje się późnym sobotnim popołudniem do wyjścia. To jeden z magicznych ciepłych letnich zmierzchów, kiedy szarzeć zaczyna dopiero po 20-tej. Co chcę usłyszeć? „Wyjeżdżam w delegację”? „Mama zachorowała, jadę do niej”? Obojętne, wystarczy jakieś święte kłamstwo, nawet takie dęte i na słomianych nogach. Nie ma lekko. – A co cię to Jerzy obchodzi? Będę jak wrócę. Pewnie zastanę cię przy tym przeklętym kompie. To teraz twoje życie, nie ja!

Ten sam szpital, ta sama sala, choć inne łóżko. I ten sam lekarz prowadzący. Tylko ból jakby inny, lżejszy. Ale zniosę każdy, niech mnie tną nawet na żywca. Wczoraj doktor Kowalski pocieszał: – Panie Jurku, naprawimy pana. Wyniki rentgen są dobre, rokuje pan do wyleczenia według mojej oceny nawet ponad 90%. W sercu szalała mi burza, chciałem wyściskać mężczyznę, ale ten widząc moje zamiary przezornie cofnął się z łapserdackim uśmiechem. Dzisiaj wiem, że jest dobrze. Moja nieco ociężała po narkozie ręka dotyka się lewej części brzucha. Nie ma worka! Nie ma… Tak jak nie ma Kasi. Przez ponad 10 dni rekonwalescencji pojawia się tylko raz. Przynosi ze sobą kopię pozwu rozwodowego.

Rozpoczynam walkę. Już jako normalny facet. O nią, o nasz związek. Ale oczy mojej żony mówią – NIE. Im dłużej próbujemy ze sobą rozmawiać, im mocniej widzę jej zaciętość, tym bardziej słabnę. Po miesiącu daję spokój. Nie ma sensu. Znajduję pracę. Z Alicją rozmawiamy już po dwie, czasami trzy godziny dziennie. Jej fotografia jest śliczna. Moje wyznania o chorobie nie wywołują na kobiecie wrażenia: - Jurku, przecież ja nie lubię cię, bo przypominasz mi Jamesa Bonda. Lubię cię dla ciebie samego. Dla wnętrza… W końcu opowiadam dziewczynie swoją historię od czasu szpitala do obecnie. W słuchawce zapada cisza. I nagle słyszę: Wsiadaj w pociąg i przyjedź do mnie. Poznajmy się. Spróbujmy. O pracę się nie martw. Tu, na Śląsku jest jej dużo. Nawet jak będzie nas stać tylko na chleb z masłem, to czuję, że będzie nam smakował jak kawior. Przyjedź Jerzy!

Źródło:
http://niedlaidiotow.blog.pl/2013/03/21/389/#more-389

www.znajoma-nie-znajoma.blog.pl

Jak ocalić związek? Jak scalić małżeństwo? Ile jest na to metod, sposobów. Ilu psychologów, psychoanalityków męczy się aby pary pozostaly razem? Ilu z nas szuka sposobów aby nasze małżeństwo, związek, nasza miłość albo przywiązanie nie ucierpiało, działało idealnie. Nie mogę podać sposobu, metody jak to uczynić ale mogę opisać jak stałam się żoną idealną, jak nauczyłam się żyć idealnie i spokojnie choć w dwóch światach……
Za mąż wyszłam młodo, bardzo młodo. Nie wygasł we mnie jeszcze okres buntu bo z przyczyn ode mnie nie zależnych musiałam go przejść trochę później. W pracy wpadłam na obecnego mojego jedynego męża, spędzaliśmy czas na pogaduszkach i stwierdziłam, że to jest dobry człowiek, młody jak ja ale krzywdy w życiu mi nie zrobi. Miał on partnerkę w obecnym czasie ale jasno mu powiedziałam, że chcę z nim być i koniec. Za 2 tygodnie oświadczył mi się. Po 4 tygodniach były oficjalne oświadczyny, po 3 miesiącach ślub. Tak jestem pewna tego człowieka. Ale ten człowiek ma pełno wad, pełno rzeczy które irytują. Jak zaciskam zęby aby japy nie wydrzeć przypominam sobie to, że on mi świadomie krzywdy nie zrobi i to dobry człowiek. Taki który nakarmi biednego, napoi spragnionego….. Ale nie powie: kochanie dobrze ci w tej fryzurze….. Nie zauważy utycia nadmiernego, bałaganu w domu, braku obiadu…… nauczyłam moje tototo że codziennie ma błysk w domu, obiad gorący, kolację na gorąco, gotową żonę do seksu, mycia podłogi, podania kawy do łóżka. Sama uczyłam, bo szukałam jego szczęścia nie swojego. Pracując 7 dni w tygodniu po 8 godzin dziennie. Wracałam i wiśta wio…..
Zawsze gotowa do poświęceń. On, jego, jemu…. Szczęśliwa byłam w tamtym okresie. I nagle ciąża. Jeszcze lepiej. Ale i po 3 miesiącach szok, straciliśmy Kubusia ……. Każde z nas na swój sposób to przeżyło. Osobno, nie razem…. 3 lata ja wojowałam ze sobą on nadal. Walczy. Później gorsze doświadczenia bo walczyliśmy o jego życie….. Każde inaczej. I tak patrzę na nasz związek to ciągła walka, o coś. Nie o nas….. A kiedy zaczęłam walczyć o nas? Jak poznałam albo jak pierwszy raz mój kotuś powiedział co czuje…..
Wiem , że istnieją dwa rodzaje miłości. Wypracowana jak moja i męża i gwałtowna niesamowita jak moja i ………. . jedna na drugą ma wpływ. Tak naprawdę żyję idealnie. Zaspokojona fizycznie i metaforycznie. Kocham mojego męża i nie wyobrażam sobie dnia bez niego. Nauczyłam się milczeć, rozmawiać z nim, nie narzucać się kiedy chce spokoju. Tego wszystkiego nauczyłam się od kochanka. Bo do tego uczucia muszę mieć cierpliwość i czas. A to przekłada się na codzienne życie. Hamuję swój temperament a pozwalam mu wybuchać jak wiem że ma prawo i byt, że to odbiorca uwzględni prawidłowo. Nauczylam się cierpliwości, miłości od początku…. Nie tak że ja chcę i mam. Zaczęłam od męza wymagać pomocy. Ja pracuję, ty nie. Pomóż mi. Zaczęłam z nim rozmawiać wieczorami i nie wstydzę się napisać że mam ideolllo. Wracam po pracy, mam obiad, posprzątane na jego możliwości i tylko albo Az kolacje robimy razem. Dałam męzowi strefę intymności, strefe tajemnic o jakich nie wiem. Nie jestem zaborcza. Słucham, odpowiadam….. Kiedys taka nie byłam. Patrzac w tył byłam mała głupia i zaborcza. Nie twierdzę że każda kobieta powinna mieć kochanka aby to odkryć. Ale mi pomógł.
Chyba recepty nie ma na ratowanie związku. Nie ma jednej rady. Ja otworzyłam się, słuchałam, chłonęłam takiego jakim jest, bo przecież go nie zmienie. Chiałam być i chcę dla niego coraz lepsza ale przemycam nutę egoizmu do naszego życia. Ja chcę, ja potrzebuję, ja mogę…..

Jedyny sposób to odnaleźć równoważnię. moją jest kochanek. ale nie każdego musi być. musimy mieć sprecyzowane ja w związku gotowe na własny egoizm a równorzędnie musimy być gotowi na poświęcenie, na kompromis bądź czasami na rezygnacje z własnego zdania.
uratowłam małżeństwo bo słucham, czasami lekceważę czasami nie słyszę męża. czasami się odcinam a czasami chłonę co mówi. otwraty umysł, akceptacja drugiej osoby, stłumienie siebie na chwile pomaga. chcac zachowac cos co mamy nie mozemy oczekiwac ze druga osoba nam to da. musimy dac choc minimum z siebie. jakbysmy nienawidzily tych naszych troglodytow, sapiacych, chrapiacych…. sa nasi. pokory tylko nam brak, nam i im…..

Źródło:
http://znajoma-nie-znajoma.blog.pl/2013/03/21/jak-uratowac-zwiazek/

www.sezonowa.blog.pl

Głębokie uczucie, szczera miłość obroni się sama. „Ratowanie” polega wówczas na codziennym pielęgnowaniu związku. Czułość, szacunek, zainteresowanie drugą osobą – to fundamenty zdrowej relacji. Czasem jednak, dla dobra partnerów, należy się zastanowić czy w ogóle warto inwestować w związek z jakąś „skazą”.

Koleżanka związała się z człowiekiem uzależnionym od hazardu. Zamieszkali razem. Mężczyzna zapewniał, że z tym skończył, że to była tylko jego „kawalerska rozrywka”. Oboje tworzyli naprawdę świetną parę, jedno za drugim, by w ogień skoczyło. Z czasem jednak z ich domu zaczęły znikać przedmioty, których wspólnie się dorobili. Mężczyzna zaniedbywał opłacanie rachunków, tłumacząc, że szef zalega z wypłatą. W lodówce świeciło pustką. Pisma z wezwaniem do zapłaty powiększały się w zastraszającym tempie. Znajomi dopominali się o zwrot pożyczonych pieniędzy. Z dnia na dzień, zycie mojej koleżanki zamieniło się w piekło. Wieczne kontrole, śledzenie, przechwycanie wypłaty – stało się jej codziennością. Koleżanka bardzo kochała tego mężczyznę, nie mogła pojąć jak on może w ten sposób niszczyć ich relacje. Facet kręcił, zaprzeczał, nie widział problemu. Ona miała juz dosyć tej huśtawki, tej wiecznej niepewności o jutro. Matka tłumaczyła jej, że z tej mąki to już chleba nie będzie, że to zawsze będzie w nim siedzieć, z nim się niczego nie dorobi. Przyjaciółka powiedziała mi w tajemnicy, że mimo wszystko zawalczy o ich związek. Wie jednak, że codzienne rozmowy i prośby nic tu nie pomogą. Tu trzeba kubła zimnej wody. Wyprowadziła się do matki, zostawiając tylko list, w którym napisała, że nie będzie dłużej „rywalizować” z uzależnieniem. Mężczyzna został sam, ta samotność, pustka „wstrząsnęła” nim. Dobrowolnie zapisał się do psychologa. I jak sam przyznaje przez długi czas i przed panią psycholog nie przyznawał się do swego nałogu, omijał temat hazardu. Dużo mówił o swojej ukochanej, o dzieciństwie, rodzicach. Dopiero w grupie, gdy usłyszał zwierzenia innych uzależnionych, zrozumiał, że nie tylko on jeden doprowadził do rozpadu związku czy rodziny. Uświadomił sobie wagę i znaczenie swojego postępowania. Gdy terapia zbliżała się ku końcowi, zaprosił swoją ukochaną na wspólna rozmowę z jego terapeutką. Koleżanka usłyszała wiele pocieszających słów, przyrzeczeń i obietnic. Mężczyzna wyznał, że bardzo pragnie, by wróciła i ponownie z nim zamieszkała. Jednocześnie dodał, że zrozumie jeśli nadal ma wątpliwości. Dziewczyna powiedziała, że wróci, ale pod warunkiem jak wszystkie przedmioty wrócą na miejsce i jak wszystkie zaległości zostaną uregulowane. Chłopak powiedział, że rozumie – żeby mu dała trochę czasu. Po kilku tygodniach zaprosił ją do Zakopanego. Myślała, że to będzie typowa wycieczka  – taka na przeprosiny za stracony czas. Mężczyzna postanowił jednak połączyć przyjemne z pożytecznym, zabrał ją do kościoła Matki Bożej Nieustającej Pomocy i tam złożył przyrzeczenie „abstynencji” od hazardu. Koleżanka była wzruszona, oboje wierzyli w siłę przyrzeczenia złożonego na słynnej „Górce”.

Po niedługim czasie znajoma poinformowała, że jest w ciąży. Ich życie nabrało szybszego tempa – przygotowania do ślubu, oczekiwanie na narodziny dziecka.

Próbę ratowania związku można porównać do remontu mieszkania. Gdy się, kilka lat wstecz, wprowadzaliśmy do swojego mieszkania, to jakie ono by nie było – było nasze, upragnione, wyczekiwane. Po latach mieszkanie, wystrój, meble stały się przestarzałe, szare, zniszczone, nie budzą już takich emocji jak na początku. Co robimy w tej sytuacji? Nie zmieniamy mieszkania, tylko robimy generalny remont, aby ponownie poczuć się dobrze, komfortowo w naszych czterech ścianach. Czasem potrzeba gruntownego remontu, a niekiedy wystarczy tylko pomalować ściany na nowy, ciepły lub energetyczny kolor. Podobnie jest ze związkiem robimy gruntowny remont, przede wszystkim w naszych głowach, zaczynamy od siebie, eliminujemy to, co razi a ulepszamy, inwestujemy w to, co jest wartościowe i daje obojgu szczęście.

Źródło: http://sezonowa.blog.pl/archives/549

www.celulit.blog.onet.pl

Wieczór panieński. Pijemy wino, gadamy głupoty, nagle panna młoda mówi: Dziewczyny, wy – „stare mężatki” – powiedzcie mi, jaka jest recepta na dobry związek?

Cisza…

- No, Asia zaczynaj.

- Ja… nie wiem… czy mam coś ciekawego do powiedzenia? Chyba nie jestem ekspertem. Mi się akurat nie układa. Sama wiesz…

- U mnie to samo. On mnie chyba nigdy nie kochał. Tylko praca i praca, domem się nie zajmował. Ma do mnie pretensje, że za dużo wydaję, że źle dzieci wychowałam, że ciągle coś od niego chcę. Na wakacje nie ma czasu i szkoda mu pieniędzy. Żyjemy obok siebie. Właściwie to myślę, że on kogoś ma.

- Ja to bym swojego najchętniej z domu wyrzuciła, gdyby nie dzieci. Teraz już nie jestem zwolenniczką małżeństw. Zarabia mniej niż ja. Do domu przyjdzie, to na kanapę się walnie i ogląda telewizję, albo słucha radia na cały dom. Nic nie umie zrobić, nie posprząta, a jak go zmuszę, to odwali. I jeszcze narzeka, że koledzy, by go wyśmiali, jakby zobaczyli, że mi pomaga. A co to w ogóle znaczy, że „mi pomaga”?! To przecież jego dom i dziecko. Dlaczego ja mam dwa etaty?

- Mój to samo. Jak wróci z pracy, to musi odpocząć. A ja nie, bo w tym czasie trzeba obiad zrobić, zakupy zrobić. On się w pracy męczy, a ja widać sobie odpoczywam, skoro potem wszystko muszę robić sama.

- No tak, ale Twój, to przynajmniej dużo zarabia.

- Ale na służącą nas nie stać. Niewielka pociecha. A jak coś trzeba w domu naprawić, przybić, to czeka miesiącami.

- Przynajmniej dobrze to zrobi, bo mój, jak już coś przybije, to lepiej, żeby tego nie robił. Pół ściany zmasakrowane. Wolę sama się tym zająć, albo poprosić ojca. Wtedy mąż się wścieka. Najgorzej, że on technikum elektroniczne skończył, a jak trzeba kontakt naprawić, to nie umie i mówi, że w szkole się dowiedział, że prąd jest niebezpieczny i lepiej nie ryzykować.

- A poza tym, to wiesz: po ślubie, to się robią zawsze gorsi…

- Nooo – chóralny pomruk aprobaty.

- Wtedy, to już w ogóle przestają się starać.

- No to co, nikt nie ma dobrych doświadczeń?

- Wiecie, ja nie narzekam – odezwała się cicho Gabi. – Rzeczywiście, był taki moment, że jak wzięliśmy ślub, to wszystko zaczęło się psuć. Za dużo od niego wymagałam, chciałam go kontrolować, bałam się, że znajdzie sobie młodszą – bo on ode mnie jest kilka lat młodszy. O mało się nie rozstaliśmy. Ale potem jakoś się uspokoiło. Chyba po prostu sobie odpuściłam. Zarabia, ile zarabia, pomaga, ile pomaga, nie jest idealnie, ale go nie zmienię i nie ma sensu walczyć. I teraz jest dobrze. Mamy wspólne pasje, nie kłócimy się. Jestem szczęśliwa.

***

…i tak – po latach – z perspektywy doświadczeń (choć nie własnych), doceniam tą mądrość. Najszczęśliwsze związki, jakie znam, to te, w których kobieta cieszy się z tego co ma i więcej nie wymaga. Ala ja i tak walczę…

Źródło: http://celulit.blog.onet.pl/2013/03/19/czasem-warto-odpuscic/

www.gridoo.blog.pl

Zacznę pesymistycznie, ale za to prawdziwie. Niekiedy związek z góry skazany jest na porażkę, a wszystkie próby jego ratowania osiadają na mieliźnie.

Zaczęło się jakieś 4 lata temu, gdy znajoma mojej siostry zaczęła do nas przyjeżdżać i zostawać na noc. Luźne rozmowy, wspólne oglądanie filmów i w końcu wspólnie spędzona noc. Niewinne zabawy, przepychanki i tak aż do bladego świtu. Wszystko wydawało by się być w porządku gdyby nie telefon do znajomego, który przyjechał po kilkunastu minutach. Gdy stali tak u mnie na podjeździe i rozmawiali, dla mnie było jasne, że nie chce mieć ze mną nic wspólnego. Przeszedłem obok niej zupełnie obojętny, usiadłem na przystanku, odpaliłem papierosa i zacząłem przeglądać jej zdjęcia w telefonie. Kontakt się urwał.

Przez trzy lata żyliśmy swoim życiem. Ona chodziła do szkoły, spotykała się z wspomnianym wcześniej kolegą, ja skończyłem szkołę wyjechałem do Niemczech w poszukiwaniu pracy. W grudniu po trzech latach od felernej nocy, dostałem od niej zaproszenie na facebook’u zaakceptowałem, czemu nie, przecież się znamy.

Po pewnym czasie postanowiłem się odezwać. Luźne rozmowy, wysyłanie sobie nic nie znaczących linków. W między czasie rozstała się ze swoim chłopakiem, powinna zapalić mi się czerwona lampka, bo skoro zostawiła faceta z którym była trzy lata dla lepszej opcji to dlaczego kiedyś nie miałaby zrobić tak ze mną. Wtedy o tym nie pomyślałem. Żyłem chwilą Nadszedł czas mojego urlopu w Polsce. W kraju byłem już we czwartek, jednak ze względu na to, że pracowała jako kelnerka, czekałem ze spotkaniem na sobotę.

 

Wszedłem do klubu, wynająłem lożę, usiadłem, wysłałem sms’a „przepraszam że nie odpisałem wcześniej, ale pilnowałem Olusia”, syna mojej siostry która przebywa w Niemczech. Widziała mnie, ze względu na sms’a nie miała pojęcia że facet w loży to ja. W drodze do toalety, umyślnie zahaczyłem jej tacę. Gdy wyszedłem, rzuciła mi się na szyję, zupełnie jak najlepsza para po dłuższym rozstaniu. Krótka rozmowa i powrót do domu. Każdy kolejny dzień mojego urlopu spędzaliśmy razem, już dwa dni później została u mnie na noc. Tydzień później rozstanie, litry wylanych łez i wyznania miłości. Trafiło mnie, idealny materiał na partnerkę.

Powrót do Niemczech i szukanie mieszkania. Tęsknota była tak wielka że już po miesiącu była u mnie, mieszkaliśmy u mojej siostry. Jeszcze wtedy miałem samochód, rzadko zdarzyło się żebyśmy cały dzień przesiedzieli w domu. W tym czasie zdarzyło się kilka drobnych, a może nawet większych zwad. Musimy się dotrzeć, myślałem. Siedziała w oknie na ósmym piętrze i straszyła że wyskoczy. O co poszło? Najwidoczniej o jakąś głupotę, już teraz nawet nie pamiętam.

Pewnego popołudnia zdenerwowany chciałem wyjść by uspokoić myśli, podarty podkoszulek i pierwsze uderzenie w twarz. Czemu to czerwone światełko świeci tak słabo?! Przeprosiła, płakała. Postanowiłem przy niej trwać. Tak mijał dzień za dniem. Minął kolejny miesiąc, już byliśmy na swoim mimo mojej ciężkiej i niestabilnej sytuacji finansowej. Wtedy to nie było dla mnie ważne, liczyło się tylko to by była przy mnie. Wspólne wieczory, kolacja z paluszków rybnych i frytek przy podgrzewaczach do herbaty, Wspólne wieczory na balkonie. Nie mieliśmy tak na prawdę nic prócz siebie. „Nie ważne gdzie, ważne że z Tobą” Jeszcze wtedy te słowa miały dla niej jakieś znaczenie. Gdy coś było nie tak, czy to stres związany z poprawkową maturą, czy trudna rozmowa z mamą, wina lądowała zawsze na mnie, Nawet gdy w okolicy nie było toalety a jej chciało się sikać, to była moja wina że nie wybrałem innej trasy. Do póki dało się to uspokoić miłymi słowami i przytulaniem było dobrze, a całą sytuację obracałem w żart. Już wtedy było za późno, kochałem ją.

Przyszedł sierpień, czas poprawek matury i nieplanowany urlop. „Jedź ze mną, poznasz moją mamę, powinna wiedzieć z kim mieszkam”. Poświęciłem czas i pieniądze, jeszcze wtedy nie wiedziałem, że je marnuję. I kolejny powrót do Niemiec, tym razem we dwójkę jeszcze moim samochodem. 150 km od domu awaria. Samochód na lawetę i do mechanika. Pieniądze w baku, auto stoi, ni w jedną ni w drugą stronę. Pieniędzy wystarczy na jeden bilet, pojutrze muszę być w pracy. „Nie zostawiaj mnie tutaj samej”. Telefon na auto złom i samochód warty 4 tysiące złotych, sprzedany za 400, tylko po to by móc zabrać ją ze sobą.

Powrót, dalsze wspólne życie i dalsze problemy. Zaczęło się zabranianie, nie pal, nie pij, nie wychodź z kolegami. O ile te dwa ostatnie mogłem jakoś znieść, ponieważ kochałem ją i każdą sekundę chciałem spędzać przy niej, a z alkoholem też nigdy nie miałem problemów,  to pierwszego nie byłem w stanie wykonać. Skończyło się awanturą i tym że paliłem sobie dalej. Dowiedziałem się później że Ona przez cały ten czas również paliła papierosy, nie wyczułem tego bo mój nos nie był wrażliwy na ten zapach. Tłumaczyła to tym że nie chciała żebym się truł.

Było późne lato, chodziliśmy późno spać, a ja wcześnie wstawałem, nie raz zdarzyło mi się zdrzemnąć po południu. Też się jej to nie podobało, aż do czasu gdy sama zaczęła pracować i wracała zmęczona. „Byłam suką, przepraszam” Uśmiechnąłem się tylko i ją przytuliłem.

19 Września, stało się. Wróciłem zmęczony po pracy, kolejna tym razem delkatna sprzeczka zakończona stosunkiem. Nasz pierwszy sex. Byłem uziemiony. Uczucie którym ją darzyłem i którym wydawało mi się że też mnie darzy zostało sobie udowodnione w najstarszy znany światu sposób. Tego dnia przestała być dziewicą. 3 lata z innym chłopakiem i nic? Czekała na mnie, tak przynajmniej mówiła. Oboje tego potrzebowaliśmy, po tym dniu zaczęło się nam znowu układać. Jednak też nie na długo.

Podczas kolejnej z naszych kłotni uderzyłem pieścią w szafkę, nie chciałem jej zrobić krzywdy, a nie potrafiłem w inny sposób wyrzucić z siebie koptowanego od dłuższego czasu gniewu. Podczas wszystkich napiętych sytuacji siedziałem cicho, magazynowałem te złe uczucia, aż w końcu wybuchłem. Przez incydent wylądowałem na zwolnieniu. Kolejnego dnia siedząc i wariując w czterech ścianach postanowiłem odwiedzić znajomego. Wypiliśmy kilka piw.Powrót późnym popołudniem do domu. Nie pomogły przeprosiny i skrucha, kolejny raz otrzymałem cios w twarz. Chwyciła w ręce nożyczki, kazała mi się rozebrać i wyjść na balkon w przeciwnym razie zagroziła że potnie moje ubrania. Nie chciałem jej już bardziej denerwować. Chciała mnie w ten sposób wyleczyć z wyimaginowanego przez nią alkoholizmu. Jak wcześniej wspomniałem nigdy nie miałem kłopotów z alkoholem, a że raz na pół roku zdarzyło mi się wypić kilka piw to chyba nie powód by odstawiać taki cyrk.

Przez kilka kolejnych dni siedziałem pod kluczem, bez dostępu do jakichkolwiek mediów. Nie wytrzymałem. Schowałem jej klucz, który de facto był moim kluczem. Gdy rano wyszła do pracy, napisałem list, że już mam dość, nie potrafię tak dłużej żyć, że ją kocham, ale jeśli to tak ma wyglądać to na prawdę nie chcę. Wieczorem gdy byłem u siostry do drzwi zapukała policja. Wezwali karetkę pogotowia i w ten sposób wylądowałem na noc w szpitalu psychiatrycznym jako potencjalny samobójca. Kazałem jej się wynosić z mieszkania, w którym robiliśmy wspólnie tyle rzeczy. Mijał dzień za dniem, chciała wrócić, nie byłem gotowy, nie chciałem przeżywać tego samego, powiedziała mi że zaczęła się leczyć, że chodzi do psychologa, żebyśmy spróbowali jeszcze raz.

To nie tak że nasz związek był pasmem wyzwisk, przemocy i upokorzeń, było wiele wspaniałych chwil, za którymi zacząłem tęsknić. Wybaczyłem jej bo kimże bym był gdybym nie potrafił wybaczyć osobie którą kocham. Słyszałem też wiele różnych historii na temat niej i jej znajomego z hotelu gdzie miszkała gdy nie byliśmy razem. Zignorowałem to, ludzie są zawistni, pomyślałem.

Spróbowaliśmy jeszcze raz. Było jak w bajce,  każdy dzień zaczynaliśmy słowami dzień dobry kochanie, kocham Cię. Bardzo długo się układało, aż do teraz.

W pracy poznała kolegę który zaproponował jej wspólną naukę języka niemieckiego. Jest w niemczech od dwunastego roku życia, perfekcyjnie włada obydwoma językami. Zgodziłem się. Chce się uczyć, czemu nie? Będzie jej łatwiej, nam będzie łatwiej. Nie wiedziałem wtedy że to zajdzie aż tak daleko. Nasze zdanie co do samotnych spotkań ze znajomymi było dość jasne, oboje byliśmy o siebie zazdrośni, przez co nie wychodziliśmy osobno. Mi to nie przeszkadzało kocham ją, mógłbym spędzić tylko z nią reszte swojego życia. Coś jednak poszło nie tak. We czwartek zaproponowała mi, żebyśmy coś zmienili, zaczeli wychodzić osobno, zgodziłem się, nie wiedziałem tylko ze już na kolejny dzień była umowiona ze swoim nauczycielem. Pojechali wybrać pierścionek zaręczynowy dla jego dziewczyny z którą kilka dni później się rozstał. Gdy zaczęła mi opowiadać, jaka to ona nie jest przy nim szczęśliwa, jak to miło spędza z nim czas, miałem dość. Bałem się. Nie chciałem jej stracić.

Szybko zmieniłem zdanie zazdrość była zbyt duża. Wyraziłem się jasno że wolałbym żeby więcej się z nim nie spotykała, zwłaszcza że gdy nie miała znajomych, prosto po pracy musiałem meldować się w domu. Tłumaczyłem to sobie tym że tęskni.

Pytałem czemu nie może spotykać się z koleżankami. Odpowiedź była krótka, każda ma chłopaka. Przepraszam, a czy ja nie byłem jej partnerem? Zacząłem wątpić w jej uczucia i gdy w kółko wypytywałem sie czy mnie kocha odpowiadała, żebym przestał bo w końcu odpowie mi że nie. Żebym nie mówił tyle o nim bo nie wiem jak działa ludzki mózg i jeśli nie przestane to w końcu sobie go wkręci.  Wcześniej po prostu przyszła by pocałowała i zaciągnęła do łóżka. Nie pamiętałem kiedy ostatni raz się kochaliśmy, przez ostatni czas nie miałą ochoty, nie chciałem jej zmuszać jednak nigdy nie trwało to aż tak długo.

Każda drobna sprzeczka kończyła się jego przyjazdem i jej minimum pół godzinną nieobecnością. Wyrzucanie mi że nigdzie nie wychodzimy, jednak gdy proponowałem jej spacer, dochodziliśmy do wniosku że wszędzie już byliśmy, każda moja propozycja kończyła się fiaskiem. Gdy prosiłem żeby coś wymyśliła, odpowiadała tylko że ma kilka propozycji, ale muszę sam coś wymyślić. Nie stać było mnie na marnowanie pieniędzy na bilety, bo tonąłem w długach, przez mieszkanie które wynająłem by być z nią. Nie miałem też samochodu by ją gdzieś zabrać, bo sprzedałem go żeby mogła być przy mnie.

Pewnego wieczoru zauważyłem jej rozmowę z mamą na facebook’u. W odpowiedzi dostała wiadomość. „Uważaj żebyś nie wpakowała się z deszczu pod rynnę. Nie chcę telefonów z jednej ani z drugiej strony.” Wiedziałem że miała na myśli połączenia ode mnie. Gdy poprosiłem by pokazała mi całą wiadomość. Wylogowała się z FB i zamknęła laptopa. Wcześniej pokazywaliśmy sobie wszystkie rozmowy, smsy, połączenia, nie mieliśmy przed sobą nic do ukrycia. Już dwa dni później stałem się posiadaczem hasło do jej konta. Po wiadomości ani śladu. Gdy próbowałem dowiedzieć się czegoś od jej mamy czy brata, przeczytałem tylko że planowała mnie zostawić jeśli nie zmienię swojego zachowania. Co ja takiego robiłem? Byłem po prostu zazdrosny, potrzebowałem zapewnień, dowodów że nic się nie zmieniło i jestem tylko ja. Tymczasem robiła wszystko żebym myślał, że już mnie nie kocha. Zacząłem w to wierzyć.

Gdy rano mówiłem jej że ma śliczne oczka i tak ładnie wymalowane, słyszałem tylko że nie dla mnie, a dla niego. Któregoś popołudnia leżeliśmy w łóżku, „może poszłabym na solarium jestem taka blada” nie zdziwiłoby mnie to gdyby nie fakt, że jej zdanie na temat solarium nie było pozytywne zanim poznała swojego przyjaciela. Udało mi się w końcu wyciągnąć ją na spacer, który później skomentowała jako wyprowadzenie jej na spacer jak psa, miała kupę śmiechu z bratem z tego że ją zabrałem.

Piątek, dzień kobiet, rano ostrzegła mnie że nie wejde do mieszkania, miała przy sobie klucze. Fakt, że pracujemy obok siebie pozwolił mi uzyskać klucze do mieszkania. Po pracy pojechałem do sklepu by kupić jej kwiatek. Gdy wróciłem i chciałem jej go darować, nawet nie podziękowała, położyłem go na przystanku gdzie czekała. Wstała i udała się w strone bloku. Już na klatce usłyszałem jaki to jestem, beznadziejny i głupi, że moja cała rodzina jest taka jak ja. Natłok ostatnich wydarzeń sprawił, że nie potrafiłem się wiecej starać. Odpłaciłem pięknym za nadobne, nie przebierałem w słowach. Zaczęła niszczyć moje rzeczy, popychać mnie. Gdy otrząsnąłem się i zorientowałem co się dzieje postanowiłem ją przytulić i próbować uspokoić. Jednak było za późno. Niszczyła wszystko. W obawie przed tym żeby nie zrobiła sobie krzywdy, zadzwoniłem po policję, nie potrafiłem jej uspokoić.

Gdy atmosfera ostygła usiadłem zacząłem płakać i zastanawiać się dlaczego tak się stało. Czy to moja wina? Czy mogłem jeszcze bardziej się starać? Czy to brak pieniędzy, a co za tym idzie wspólnych wypadów poza miasto spowodował tak napiętą sytuację? Czy Ona przestała mnie kochać, czy kiedykolwiek kochała? Czy kochała swoje wyobrażenie o mnie? Czy byłem tylko lepszą opcją na przeczekanie?

Tydzień później przyjechała po swoje rzeczy, zrobiłem coś z czego nie jestem dumny, lecz mam nadzieję przyniesie jakiś skutek. Z jej wypłaty odliczyłem koszta za zniszczone rzeczy i mieszkanie u mnie gdy nie pracowała. Może teraz gdy będzie się zastanawiać czy ma kupić coś do jedzenia, czy bilet do pracy pozna wartość pieniądza i zrozumie dlaczego tak bardzo bałem się zostać bez grosza przy duszy? Gdy powiedziałem jej że nie dostanie całej wypłaty która wpłynęła na moje konto, zadzwoniła po niego, czekał na dole. W mniej niż minutę był pod drzwiami naszego mieszkania na trzecim piętrze. Co mnie zdziwiło bo na drzwiach nie ma nawet tabliczki z nazwiskiem, a na jednym piętrze jest sześć mieszkań. Gdy otwarła mu drzwi wszedł do pokoju jak do siebie, nie czuł się zagubiony czy skrępowany, wiedział co gdzie się znajduje. Dla mnie wtedy było już wszystko jasne. Nie mógł być tutaj pierwszy raz.

Kocham ją i nie dopuszczam do siebie myśli że kiedykolwiek mogła mnie zdradzić, jednak zbyt wiele było klamstw, niedokończonych wypowiedzi, zbyt wiele złych momentów, zbyt wiele zachowań które wskazywały na to że nie jestem jedyny, bym mógł być tego pewny.

Żyję dalej, z dnia na dzień staję się coraz chłodniejszy, z dystansem podchodzę do życia i wiem, że jeśli nie mogła być ze mną szczęśliwa to nie mogę jej bronić, by była szczęśliwa z kimś innym. Miłość polega na tym, by pozwolić drugiej osobie być szczęśliwą.

Zostałem sam, z setkami pytań bez odpowiedzi, zastanawiając się co by było gdyby i wspominając dobre chwile.

Wiem, że mój post odbiega nieco od myśli przewodniej tematu, jednak nie jest napisane ” Jak uratować swój związek”, więc można uratować czyjś, nie wtrącając się więcej w życie osoby, mimo że chciałoby się być jego częścią.

Źródło: http://gridoo.blog.pl/2013/03/19/jak-uratowac-zwiazek-nie-koniecznie-swoj/

www.sshadee.uchwycone-chwile.pl

Zanim zadamy sobie pytanie: jak uratować związek? Należy dokładnie zastanowić się, czy jest jeszcze co ratować? Jeśli wciąż patrząc na siebie widzimy siebie jako staruszków spacerujących o zachodzie słońca wzdłuż plaży lub w dwóch bujanych fotelach przed kominkiem, z którego bije ciepła pomarańczowa aura, spoglądających na siebie z czułością pomimo wyrysowanych zmarszczkami na twarzach wszystkich spędzonych razem lat, to jest sens ratować związek. Tak właśnie z mężem postrzegamy nasz związek, tak sobie wyobrażamy naszą przyszłość i do tego dążymy. To daje nam pewność, że cokolwiek złego działoby się między nami, zawsze będziemy próbowali go uratować.

 

Każda próba uratowania związku jest dobra pod warunkiem, że zarówno mężczyzna jak i kobieta są tak samo zaangażowani w odbudowę relacji i obydwojgu równie mocno na tym zależy. Samo podejmowanie prób już jest ogromnym krokiem do sukcesu.

Pamiętam jak, całkiem niedawno bawiłam się z córką w szkołę. Ja jako uczennica miałam za zadanie w sześciu okienkach narysować sześć swoich największych marzeń. Narysowałam. W drugim pokoju siedział mój mąż, z którym miałam ciche dni po kłótni, w której żadne z nas nie miało racji, ale uparcie obydwoje twierdziliśmy, że ją mamy. Zaproponowałam córce, by poszła do taty i kazała mu w takich samych sześciu okienkach narysować, to o czym jego zdaniem marzę. Na sześć moich marzeń odgadł cztery. Wczoraj spytał, czy chcę cukierka, powiedziałam: pod warunkiem, że jest śmietanowo-truskawkowy w czekoladzie, i takiego właśnie wyjął z kieszeni kurtki, choć nie wiedziałam jakie kupił. I takie właśnie błahe sytuacje udowadniają, że jestem w odpowiednim miejscu z odpowiednią osobą, że nikt nie zna mnie tak dobrze jak On i nikt pomimo mojego paskudnego charakteru nie pokocha mocniej. ­­

Wielokrotnie ratowaliśmy nasz związek i pewnie jeszcze nie raz będziemy to robili. Dla mnie najważniejsze jest to, by powrotów było zawsze tyle samo co rozstań, zgodnie ze słowami piosenki „Żeby się sobą zauroczyć” zespołu Czerwony Tulipan: „A potem sam się znajdzie powód, by zwątpić czy to się opłaca. Znajdziemy powód by odchodzić i sto powodów żeby wracać.”

Najlepszą metodą na ratunek związku jest zatrzymanie się w odpowiednim momencie i powiedzenie sobie: ej, przecież nie o to nam chodziło, idziemy w złym kierunku! A później już nawet droga powrotna do ostatniego momentu, w którym było dobrze, będzie o wiele lepsza niż brnięcie przed siebie ku jego rozpadowi.

Źródło: http://sshadee.uchwycone-chwile.pl/2013/03/19/jak-uratowac-zwiazek/

www.blog-reporter.blog.onet.pl

Na początku może  kilka słów o kłótniach w związku. Co może być powodem kłótni? Okazuje się, że dosłownie wszystko…
Najciekawsze jest to, że niekoniecznie musi być to jakaś nieuczciwość wobec partnera czy zdrada. Może to być np. niezakręcona tubka od pasty do zębów…
Chociaż, ta przykładowa niezakręcona tubka jest zwykle pretekstem do kłótni, a powód jest najczęściej poważniejszy. Związek może wtedy wpaść w – nazwijmy to – spiralę kłótni. Partnerzy zaczynają kłócić się, w każdej wolnej chwili. A wtedy to już tylko krok do bardziej radykalnego posunięcia, jakim jest rozstanie. 

Przykład pewnej znajomej pary. On miał kierownicze stanowisko, robił karierę i rzadko bywał w domu. Ona musiała zrezygnować z pracy, żeby zająć się dziećmi. Była zła na niego i nie mogła pogodzić się z tym, że jej partnera nie interesowały jej aspiracje zawodowe. Kiedy on wracał zmęczony z pracy, ona zaczynała szukać pretekstu do kłótni; chociaż tak naprawdę chodziło jej o zwrócenie mu uwagi, że ona też chciałaby się „realizować” zawodowo. I w sumie miała do tego prawo. Oczywiście nie chodzi mi o prawo do kłótni, tylko realizacji swoich aspiracji zawodowych. Przecież problem z opieką nad dziećmi można zawsze jakoś rozwiązać. Wymówki partnera, że z powodu jej pomysłów związanych z podjęciem pracy zawodowej ucierpi rodzina nakręcają jeszcze mocniej „spiralę” kłótni. Zaczynają się  wtedy konflikty o podział obowiązków domowych…
Ona chce, żeby on więcej jej pomagał, on natomiast domaga się więcej seksu. Ale nie mówią sobie tego wprost, tylko próbują przekazać to w innny sposób, kłócąc się o wspomniany już podział obowiązków domowych. A prawda jest taka, że obowiązki ma zarówno kobieta, jak i mężczyna. Teoretycznie powinny być podzielone po równo. Tylko co w takim przypadku znaczy „po równo”?

Może lepiej pomyśleć o tym, zanim podejmie się decyzję o małżeństwie lub wspólnym zamieszkaniu? Bo kiedy jesteśmy sobą zauroczeni nie dostrzegamy takich drobiazgów jak: niezakręcona tubka od pasty do zębów, niepozmywane naczynia czy porozrzucane różne części garderoby.

Umiejętność konstruktywnego kłócenia się jest, więc bardzo istotnym elementem wspólnego życia, w każdym związku. Przecież nie od dzisiaj wiadomo, że wykrzyczeć swoją prawdę i jednocześnie zrozumieć prawdę partnera – jest bardzo trudno…

Na zakończenie taka moja, krótka rada.
Nie zamęczajmy się sobą, jeżeli chcemy by związek przetrwał to nie starajmy się zmieniać partnera na siłę. Ważne jest by ze sobą rozmawiać i od czasu do czasu pokazywać swoim zachowaniem, że bliska nam osoba jest dla nas najważniejsza na świecie!

Źródło: http://blog-reporter.blog.onet.pl/2013/03/19/rozmowa-czyli-jak-uratowac-zwiazek/

www.niedoskonalamama.blog.pl

„Dlaczego wszystkie bajki kończą się po ślubie? Bo wtedy kończy się bajka…”


-Może Ty zaszyjesz się w domu na kilka lat, zrezygnujesz z aktywności zawodowej, wyjazdów integracyjnych, oddasz się praniu, prasowaniu, przecieraniu i podcieraniu, a potem będziesz witał mnie z uśmiechem, gotowy do nocnych igraszek?

Dziś wiem, że tego typu rozmowy do niczego nie prowadzą, podobnie jak argument, że to my, kobiety zostałyśmy stworzone do pełnienia określonych ról i powinności, bo niespotykany hormonalny haj, wraz z instynktem macierzyńskim predestynują nas do pieluch, garów i machania mopem.

Tak robiły nasze matki, babki, prababki, feministki to odstępstwo od normy i należy je tępić, obrzucać błotem, a najlepiej spalić na stosie.

Funkcjonuję w określonej czaso – przestrzeni, wtłaczając swoje pojęcie o szczęściu w odgórnie lansowane wzorce – ślub w diamentowej oprawie, przejażdżka na białym koniu ze swoim księciem, a za kilka tygodni szmata do łapy i nie narzekać, ewentualnie się oną zatkać w chwilach słabości.

Jak uratować związek? Jestem na takim etapie, że myślenie o kimkolwiek zeszło na dalszy plan w ferworze ratowania siebie. Nie uratuję niczego, będąc pustostanem, maszynką all inclusive, odbiciem społecznego zwierciadła w kategorii kobieta alfa roku.

Ba! Nie czuję się powołana do ratowania czegokolwiek i kogokolwiek poza moim zadowoleniem, poczuciem sensu i entuzjazmu do podniesienia się co rano, by żyć, nie wegetować…

Uśmiech – szczery, nie naszyty na twarz bolesną igłą wymuszonej adekwatności – to uratuje mój związek, nie mniej niż koronkowa bielizna i romantyczny blask świec.

Niezobowiązujący flirt z kimś borykającym we własnych trybach codziennych powinności. No skąd mógł wiedzieć, że żona zamieni się w babo – chłopa, skoncentrowanego na swoich codziennych powodach do frustracji i tym, czy aby jest jej wierny, bo jak nie to na pohybel.

Spontaniczność, nieprzewidywalność, drwina z ciemiężonej odpowiedzialności, granie jej na nosie i carpe diem.

Przystojny przełożony, który zmienia kochanki jak rękawiczki i pręży opalone muskuły na fejsbukowym koncie, prawiąc komplementy na oczach mego męża, uświadamiając mu, że obrączka to nie żelazny pas cnoty i starać się należy już do końca…

Własne pieniądze, najlepiej na tyle duże, by wiedział, że spakować się i wyprowadzić to kwestia kwadransa.

Zadbany wizerunek, błysk w oku, obietnica przygody i nieprzewidywalność.

Brak koncentrowania się na tym co uratuje mój związek, bycie na powrót atrakcyjną, pożądaną, nieodkrytą i niezapisaną do końca.

Kiedy kobieta zaczyna milczeć, mężczyzna zaczyna myśleć. Kłapanie jadaczką, zianie niechęcią i frustracją, brak uczuć wyższych do własnej osoby, to realne powody do ucieczki drugiej strony z małżeństwa, partnerstwa lub konkubinatu. I nie ma się co dziwić, by uzdrowić instytucję związku, rodziny, najlepiej zacząć od siebie…

Źródło: http://niedoskonalamama.blog.pl/2013/03/19/praca-konkursowa-jak-uratowac-zwiazek/

http://niedoskonalamama.blog.pl/2013/03/19/praca-konkursowa-jak-uratowac-zwiazek/

www.makeonewish.blog.pl

Nie planowałam o tym pisać. Dlaczego?? Bo nie uważam się za partnerkę czy żonę idealną, by komuś radzić w tym temacie… Jak uratować związek?? Nie wiem dokładnie. Mi się jednego uratować nie udało. Ale z kolei w tym drugim (i obecnym) radzę sobie całkiem dobrze, choć „strategii” (jeśli w miłości w ogóle można o czymś na kształt strategii mówić) nie zmieniłam.

Moje rady?? Najważniejsze i podstawowe: traktuj drugą osobę tak, jak samemu chciałabyś/chciałbyś być traktowanym. Proste?? Myślę, że tak. Jeśli bierzesz- dawaj coś z siebie. Jeśli oczekujesz wyrazów miłości- to sam/a ją okazuj. Jeśli chcesz zaufania- nie zdradzaj. Jeśli chcesz szacunku- to na niego zasłuż. Jeśli chcesz zgody- naucz się wybaczać. Jeśli chcesz akceptacji- nie zmieniaj na siłę drugiej osoby. Jeśli chcesz zrozumienia- rozmawiaj o problemach. Jeśli potrzebujesz pomocy- to o nią poproś. Jeśli chcesz być wysłuchany- sam naucz się słuchać.

Czasami jednak to nie wystarcza. Dlaczego?? Bo te rady dotyczą tylko sfery psychicznej i ogólnego dogadywania się z drugim człowiekiem. Można je równie dobrze zastosować w relacjach z rodziną czy przyjaciółmi. Jeśli chodzi o związek między kobietą a mężczyzna (lub kobietą a kobietą lub mężczyzną a mężczyzną – jestem tolerancyjna i rozumiem każdy rodzaj związków partnerskich) oprócz oczywistej przyjaźni jaka powinna łączyć dwoje kochających się ludzi, dochodzi jeszcze tzw chemia.

Każdy wie, że udany związek musi współgrać na różnych frontach. Bo oprócz więzi emocjonalnej jest też pociąg fizyczny, tak bardzo silny w pierwszych etapach związku. Zabawa w kotka i myszkę. Randki, komplementy, słodkie sms, niespodzianki, kokietowanie, flirtowanie. Motylki, ciarki, gęsia skórka, przyspieszone bicie serca, suchość w ustach, wieczny uśmiech i milion sms na dzień. Gdy jego spojrzenie sprawia, że nogi masz jak zrobione z żelków, dotyk dłoni wywołuje podwójne salto żołądka, a zapach jego szyi przyprawia cię o zawrót głowy. Niech żałuje każdy, kto nie wie co znaczą te uczucia. Nie ma chyba nic cudowniejszego niż te pierwsze tygodnie, miesiące, lata w związku.

Jednak cały problem i trudność jest w tym, że etap zdobywania nie trwa wiecznie. Polowanie w końcu się kończy. Jesteście już razem. Emocje, towarzyszące pierwszemu etapowi miłości: pożądanie i namiętność z czasem też opadają i zmniejszają swoją intensywność. Poznajesz swojego partnera, przyzwyczajasz się do jego dotyku, zapachu. Motylki w brzuchu diabli biorą. Ale czy to oznacza, że już się nie kochacie? Nie.

Trzeba sobie tylko zdawać sprawę, że miłość w związku przechodzi przez różne etapy. Nie uniknie się tego. Tak już jest, że na początku zakochani ludzie, nawet starsi zachowują się jak nastolatki. Wariują na swoim punkcie i tracą poczucie rzeczywistości. I to jest piękne. Ale potem związek przechodzi do następnego etapu i inne rzeczy stają się bardziej ważne. Zaufanie, bezpieczeństwo, poczucie akceptacji i stabilizacji. Zwyczajna, prosta i słodka codzienna miłość. Gdy flirt i kokieteria robią miejsce na wspólne plany i marzenia. Gdy czas biegania na randki zamienił się na wspólne spacery z psem i wieczory z książką pod kocem. Gdy już nie oczekujesz kwiatów bez okazji, a ciepłej herbaty z cytryną i całusa w czoło gdy leżysz w łóżku z grypą.

A czy to źle?? Nie. Należy tylko pamiętać, że kolejny etap związku nie zwalnia nas ze starań. Jak mówił Karel Konrad czeski pisarz „Lenistwo w miłości jest niewybaczalną zbrodnią„. Zgadzam się. O miłość trzeba dbać, a nie spocząć na laurach i wierzyć, że tak już będzie zawsze. Trzeba ciągle, nawet 100 lat po ślubie umieć pokazać, że nam zależy. Bo choć polowanie dawno skończone, nigdy nie można zapomnieć, że zwierzyna zawsze może uciec. A kiedy ucieknie?? Gdy jest nudno i smutno. Polecam od czasu do czasu zrobienie czegoś niespodziewanego, odświeżającego. Czegoś co przypomni tej drugiej osobie jak jest dla nas ważna. Jak bardzo doceniamy jej obecność. Jak ją kochamy i potrzebujemy. Wystarczą drobiazgi by obudzić dawne wspomnienia i podkręcić emocje. Nie będę Wam pisać rad w stylu: kup seksowną bieliznę, zrób pyszną kolację itd. (choć i te rzeczy się sprawdzają) Myślę, że każdemu komu naprawdę zależy na związku, przyjdzie do głowy jakiś pomysł by odświeżyć dawne iskierki. Bo warto.

Pokaż swojej żonie, że świata poza nią nie widzisz, że jest najważniejsza w Twoim życiu. Przypomnij mężowi, że dla Ciebie jest niezastąpiony i wyjątkowy. Czy to tak wiele kosztuje?? Nie sądzę. Upiecz ulubione ciasto swojego faceta, kup ukochanej jej ulubione kwiaty- bez okazji!! Idźcie do kina w środku tygodnia i całujcie się w ostatnim rzędzie jak zakochane nastolatki, porzucajcie się śniegiem i ulepcie bałwana przy odśnieżaniu podwórka jak beztroskie dzieci. Napisz z pracy sms „myślę o tobie kochany”, lub zostaw karteczkę na lustrze w łazience „miłego dnia skarbie”. Trochę wyobraźni, chęci i spontaniczności a można każdy szary dzień uczynić szczęśliwym.

Oprócz dbania o związek i okazywania miłości równie ważne jest by każdy w tej relacji, miał w życiu coś oprócz tego związku. Czas dla siebie, swoje hobby, pewną formę niezależności, własnych przyjaciół. A to wszystko po to by się nie kisić, wzajemnie nie osaczać, nie zatracać tylko i wyłącznie w miłości. Mieć trochę swojej przestrzeni, dać odetchnąć drugiej osobie i pozwolić za sobą zatęsknić. To zapobiega nudzie i przeświadczeniu, że jak ten związek się skończy – nic mi nie zostanie.

Jak uratować związek?? Wiecznie się starać?? Być jednocześnie przyjaciółką i kochanką?? Kiedyś tak myślałam. Teraz już nie wiem. W moim pierwszym związku zostałam zdradzona. Gdy piszę pierwszy związek nie mam na myśli parotygodniowego „chodzenia” z chłopakiem, tylko 3 letnią licealną miłość. Moją pierwszą miłość. Miłość zakończona zdradą. Gdy pytałam dlaczego, usłyszałam, że byłam za dobra. Czy można być za dobrym?? Widać można. Pomagałam w nauce. Przeżywałam jego problemy jak swoje. Inwestowałam swój czas. Planowaliśmy wspólną przyszłość. Oddałam się tamtej miłości cała. Włożyłam w tamten związek wszystko co miałam. Całą swoją nastoletnią niewinną osobę. Duszę i ciało. Jak się okazało, za wiele z siebie dawałam. Za bardzo chciałam. Za bardzo kochałam. Chociaż umiał to potem szczerze przyznać. Przedobrzyłam. On czuł się tak spokojny i kochany w tym związku, tak był mnie pewny, że zdradził.

Czy wierzyłam, że nastoletnia miłość będzie tą pierwszą i ostatnią?? Wierzyłam. A nawet jeśli brałam pod uwagę rozstanie to z innych przyczyn, w innych okolicznościach. Zdrada?? Nigdy. Wybaczyć chciałam, ale czy wybaczyłam?? Teraz wiem, że tak. Ale wtedy runęło moje zaufanie do ludzi, poczucie własnej wartości, wiara w prawdziwą miłość. Wtedy obiecałam sobie, że w kolejnym związku nie zaangażuję się aż tak. Będę robić swoje, żyć głównie dla siebie, a związek będzie tylko dodatkiem. Zostanę femme fatale. Nieosiągalna, zdystansowana i będę brać a nie dawać.

Ale nie umiałam. Jestem emocjonalnym rzepem i tak już mam. Jak kocham to nad życie. A gdy kocham to walczę i się staram. Czasami bywa ciężko, bo nie jesteśmy idealni, ale jesteśmy szczęśliwi. Jak ratować związek?? Czasami trzeba umieć schować dumę do kieszeni, a czasami ustąpić wręcz nie wolno. Trzeba wiedzieć kiedy warto walczyć, kiedy trzeba odpuścić. Trzeba umieć powiedzieć PRZEPRASZAM. Bo szkoda czasu na fochy i ciche dni.

Bo jeśli naprawdę kochasz to chcesz by było dobrze. By gdy naprawdę kochasz, to zapominasz o tym, że mąż tylko przez pierwszy rok otwierał Ci drzwi od samochodu, a doceniasz to, że umie powiedzieć przepraszam gdy Cię zawiedzie. Bo gdy naprawdę kochasz to z uśmiechem, a nie żalem wspominasz te pierwsze próby podrywu i flirtu. Bo gdy naprawdę kochasz to nie czekasz na czerwony dywan, fanfary i gwiazdki z nieba, tylko liczysz na uwagę, wsparcie i zrozumienie. Doceniasz, że po ponad 6 latach wciąż dostajesz całus na dzień dobry i dobranoc. Dziękujesz za rozśmieszanie, wysłuchanie i pocieszanie. Bo prawdziwą, głęboką miłość czuję teraz, gdy razem walczymy z niepłodnością, gdy budujemy dom, gdy spłacamy kredyt i ramię w ramię stawiamy czoła życiu.. Nawet gdy bywa źle..

Nie jestem terapeutą, nie skończyłam psychologii tylko pedagogikę, więc nie wiem na ile moje rady są cenne. Mówi się, przez żołądek do serca i że nie ma miłości bez zazdrości. Pewnie coś w tym jest… Ja życzę Wam wszystkim mądrej, cierpliwej i niepowtarzalnej miłości. Wszystko w Waszych rękach. Pamiętajcie jednak, że związek to kompromisy, wspólne sukcesy i marzenia, ale też problemy. Trzeba umieć znaleźć złoty środek. Nie sztuką jest być z kimś, gdy wszystko jest piękne, łatwe i różowe. Prawdziwa miłość trwa pomimo problemów i ciężkich chwil. Trzeba szanować siebie i dbać o swoje potrzeby, ale trzeba też umieć myśleć TY i MY, a nie tylko JA!

Jak uratować związek? Miłością. Jak Eurypides powiedział „Miłość potrafi znaleźć drogę tam, gdzie nie ma nawet ścieżki

Źródło: http://jak-uratowac-zwiazek.blog.pl/2013/03/19/www-makeonwish-blog-pl/

  • Konkurs

    Jak uratować związek? Opowiedz nam swoją historię!

    Prześlij notkę ze swojego bloga, zdobądź rozgłos i wygraj!

  • Jurorzy

    Marzena Rogalska

    Dziennikarka telewizyjna i radiowa
    Katarzyna Miller

    Psychoterapeutka, publicystka, filozofka, poetka
    Marcin Mroczko

    Szef serwisów turystycznych i społeczności w Onecie
  • Organizator